Jak wygląda Sylwester w Argentynie? No jak to jak? Uliczne tańce, roznegliżowane tancerki na przejeżdżających platformach, udekorowane ulice Buenos, kolorowe serpentyny, głośna muzyka dochodząca do naszych uszu praktycznie z każdego zakątka, uśmiechnięci tancerze, szał, ekstaza. W końcu jesteśmy w Ameryce Południowej. Tutaj umieją się bawić. Zatem w Sylwestra chyba tym bardziej. Nic bardziej mylnego.

Powitanie Nowego roku w Buenos, jak i w całej Argentynie różni się od naszego wyobrażenia. Sam się złapałem na tym, że oczekuję nie wiem, czego od tej wyjątkowej nocy. Przechadzając się po białych (patrz poprzedni tekst) ulicach Buenos doszukiwałem się montowanych platform na zbliżające się parady. Ciekaw byłem, na którym z placów odbędzie się największy bal. „Ale będzie zabawa! Już nie mogę się doczekać!” – myślałem.

No, to nie do końca tak. Sylwester jest przez Argentyńczyków postrzegany przede wszystkim przez pryzmat rodzinnego bycia razem. Pod wieczór zbierają się w domach, by wspólnie… no pewnie, ze tak! By wspólnie jeść. 😉 Tym razem bierzemy na siebie z Moniką przygotowanie polskiego obiadu. Robimy pomidorową, schab z zasmażanymi ziemniakami. Sałata, ser feta, pomidorki, ogórek – tak „polska” sałatka. 😉 Siadamy i jemy, jemy, jemy. Ukradkiem patrzę na zegar. „Co jest? Za 10 minut mamy Nowy Rok, a tu ani żadnego poruszenia, ani emocji. Nic”. Gdy wybija dwunasta, Antonio, ojciec domu wstaje i wznosi toast. Składamy sobie życzenia. Jest bardzo sympatycznie. Powiedziałbym, że tak świątecznie. Rodzinnie. Ale to nie jest imprezowa atmosfera polskiego Sylwestra. Coś zupełnie innego. Ale może i tak lepiej? Nie ma to jak wejść w Nowy Rok w towarzystwie najbliższych, a nie znajomych z parkietu.

Na ulicach pustki. Żadnej ulicznej potańcówy, na którą się nastawiałem. Po paru tygodniach rozmawiałem z innymi turystami, którzy spędzali tę noc w innych częściach Argentyny. Odczucie mieli identyczne. Nastawiali się na mega-imprezę. Nic z tego. Spokojnie, rodzinnie, bez szaleństw. Tak tu obchodzi się Sylwestra.

A co jest nowego, gdy porównamy noworoczne zwyczaje rodzime z tutejszymi? Przed wszystkim pogoda. Jeszcze nie puszczałem fajerwerków pod rozgwieżdżonym niebem, stojąc w koszulce, gdy w temperatura nie schodzi poniżej 20 stopni. Tuż po północy rodziny puszczają tzw. baloniki. Wyglądają jak latawce w kształcie bryły. W środku mają papier zamoczony w alkoholu, który po podpaleniu unosi balonik w niebo. Odlatujący balonik ma symbolizować pożegnanie się ze starym rokiem. Widok „białych lampek” unoszących się na nocnym niebie robi wrażenie. Niestety mój balonik nie ma ochoty odfrunąć. Podpalam, puszczam… A wiatr przekręca go i… balonik ulega samo spaleniu. Z dachu, na którym stoimy, spada wprost na plastikowy stół w ogrodzie i nieco go ogrzewa… 😉 Cóż, najwidoczniej nie mogę się skutecznie rozstać ze starym rokiem.

Portenios wychodzą do klubów dopiero po godzinie drugiej, trzeciej. Imprezy zaczynają się około trzeciej, czwartej. Wiem, to dziwne, ale tak naprawdę jest. Na ulicy nic ciekawego się nie dzieje. Pusto. Widać jedynie kolejki do klubów. A w klubie? Jak to w klubie. Nic, co by wskazywało, że oto mamy Nowy Rok. Żadnych kolorowych baloników, serpentyn, ozdobionych ścian, toastów. Zwykła impreza. Ciasno, gorąco, pełno dymu… Argentyński didżej nie pozwala a dokończenie żadnego z kawałków. Przerywa każdy utwór po ok. 2-3 minutach. Doprowadza mnie to do szału. W jeszcze większe zwątpienie wprowadza mnie widok wywijających obok chłopaków. Ale, nie z partnerką, lecz… ze sobą. Obrót, jeszcze jeden. Zwątpiłem…

Większość dziewcząt tańczy samotnie. A ci ze sobą. Padłem. Ehh… W ogóle jakoś tak drętwawo. Oj, chyba za bardzo się nastawiałem na tego „latynoskiego” Sylwestra. Za bardzo. Trudno. Bawimy się do siódmej rano i lu lu. Jutro bowiem w drogę. Patagonia czeka!