Nasze szukanie głębokiego śniegu zaczęliśmy od Lech/Zürs. Nie przez przypadek – wszak to nie tylko stacja należąca do pierwszej piątki najbardziej cenionych ośrodków zimowych Austrii, ale też obszar słynny właśnie z możliwości jazdy poza trasami.
I to od ponad… wieku. Niedawno świętowano tu bowiem hucznie okrągłą, setną rocznicę, istnienia lokalnego klubu narciarskiego. A wtedy przecież wszyscy jeździli „poza trasami” (skądinąd pierwszy wyciąg uruchomiono tu niemal 30 lat później, bo w 1937 r.).
Trudno się więc dziwić, że kiedy zbliżaliśmy się do do Lech (od strony skądinąd równie dziś sławnego St Anton) Osuch i Seba (Sebastian Litner, mający ledwie dwadzieścia latek, a już uważany za jedną z czołowych postaci rodzimej sceny freestylowej) patrzyli zachwyceni wielością możliwości jazdy pozaprasowej i liczbą skałek nadających się do rozmaitych skoków .
Niestety, na razie nie mieliśmy okazji spróbować w Lech freeride’u – puchu nie ma, bo dawno nie padało. Także na trasach jest dość twardo, co nie znaczy, że trochę na nich nie poszaleliśmy. Zwłaszcza, że Lech jest jedną z tych alpejskich miejscowości, w których widać, ile wysiłku wkłada się w przygotowanie stoków.
Nie jest przypadkiem , że to tu właśnie powstała bodaj pierwsza w świecie szkoła snowmakerów, czyli speców od przygotowywania tras. Stacja jest droga, ale też i gros zysków inwestuje w zapewnienie poziomu usług – w tym nartostrad. Ich jakość jest faktycznie idealna – nawet na tych najstromszych i najwęższych nie ma garbów, a oblodzenia są rzadkością. Tu widać, ile pieniędzy idzie w… śnieg.
Zresztą tyle samo energii (i znowu: pieniędzy) inwestuje się tu w zachowanie standardów ekologicznych. Dość powiedzieć, że niemal wszystkie hotele i apartamenty w Lech ogrzewane są wodą pochodzącą z ekologicznych, bo wykorzystujących tzw. biomasę (w tym przypadku głównie trociny) ciepłowni. Na dodatek ich budynki są doskonale wpasowane w otoczenie – tak, że niewtajemniczeni dziwią się, że można przemysłowe, było nie było, zakłady tak zakamuflować.
W tej sytuacji nie dziwią zatem inne ekologiczne pomysły – chociażby uczynienie ważnego osiedla Oberlech regionem „bez samochodu” (m.in. bagaże gości są tam dowożone specjalnym systemem transportowym).
Zresztą cały kurort konsekwentnie utrzymuje alpejski charakter – a dowodem choćby architektura hoteli czy pensjonatów.
Równocześnie Lech jest jedną z najnowocześniejszych stacji Europy. Nie bez przyczyny korzysta w dużej mierze z wyciągów słynnego Doppelamyer’a (firmy mającej siedzibę właśnie w Voralbergu). I choć gwoli ciekawostki mieliśmy okazję przejechać się także starym, dwuosobowym krzesłem na Slosskopfe, to potem korzystaliśmy tylko z podgrzewanych kanap Doppelmayer’a.
Dzięki nim dotarliśmy do świetnego – wedle naszych fachowców – tutejszego snowparku.
Wprawdzie chłopaki upierali się, że była to tylko rozgrzewka, to wokół skoczni i rur zaraz zgromadziła się grupka publiczności, która z uznaniem komentowała ich wyczyny.
I cały czas marzyli o legendarnym miejscowym heliskiingu. Bo Lech stawia ostatnio – a w zasadzie wraca – na freeride. A faktycznie, możliwości jazdy poza trasami jest tu mnóstwo, bo obszary narciarskie znajdują się zwykle powyżej 1800 m n.p.m., czyli granicy lasu. Z kolei zważywszy na zasobną klientelę, zawsze znajdą się chętni nawet na wynajęcie helikoptera i dotarcie nim w niedostępne w inny sposób tereny po to, by skosztować potem dziewiczego śniegu. Wyprawa nie jest zresztą koszmarnie droga: lot kosztuje 330 euro (a mogą lecieć 4 osoby), do czego dodać trzeba honorarium przewodnika (od ok. 235 euro).
Także tutejsze szkoły narciarskie kursy jazdy w puchu traktują jako podstawową – a nie tylko uzupełniającą – propozycję.
O Lech warto opowiedzieć więcej (choćby o stu stalowych rzeźbach postawionych w całej okolicy na wysokości 2039 m n.p.m.). Co też wkrótce tu zrobimy.

Autor: Krzysztof Burnetko