Wystarczy wstać o szóstej (co zrobiliśmy). Potem, koniecznie bez śniadania, dotrzeć do Montafon Hochjoch (ok. 20 km od Bludenz w Voralbergu). Powinna to być środa, bo to w tym dniu można (po uprzedniej rejestracji elektronicznej) tamtejszą kolejką (i dwoma krzesłami) wyjechać na 2400 m n.p.m. Tam dostaje się gorącą herbatę (bo zwykle o tej porze na tej wysokości jest dość mroźno). I podziwia widoki – bo mniej więcej wtedy zaczyna wschodzić słońce, a okoliczne masywy wyglądają w nim genialnie (starsi Polacy znają piękną pieśń autorstwa Franciszka Karpińskiego: „Kiedy ranne wstają zorze/ Tobie śpiewa ziemia, morze/ Tobie śpiewa żywioł wszelki/ Bądź pochwalon Boże wielki”).
Przewodnik zarządza rozgrzewkę. Po niej można ruszyć w dół. A do pokonania jest 12 km i 1700 metrów różnicy poziomów. Trasa na dodatek jest mocno urozmaicona. Pierwsza atrakcja to najdłuższy ponoć na świecie, bo liczący blisko pół kilometra (476 m) „skitunel”. Następnie trzeba pokonać wiele hopek nie tylko na rozległych płaniach, ale i w węższych przecinkach. Nasza przewodniczka Regina Knunz (z jakąż gracją i jakimż tempem jeździ… nawet Osuch ledwo za nią nadążał) nie chciała zdradzić, jaki jest rekordowy czas pokonania tego dystansu. W każdym razie stok jest rano perfekcyjnie przygotowany – choć od dawna nie było w Montafon opadów śniegu przez całe 12 km nie natknęliśmy się na ślad oblodzenia (gdy tę samą trasę pokonywaliśmy kilka godzin później takowe już były – ale to kolejny argument za tym, że warto na narty wybierać się wcześnie).
Na dole ponownie wsiada się do kolejki i trafia do restauracji na lokalne śniadanie. Przednia jest zwłaszcza jajecznica (oczywiście na lokalnym specku) i miejscowe sery. A wszystko za 25 euro… (Montafon słynie zresztą z rozmaitych ofert: można tu choćby nauczyć się kierować… ratrakiem).
Później natomiast można już w swoim tempie poznawać obszar Silvertta Montafon – ze sporymi możliwościami jazdy poza trasami (ale też niebieskimi i czerwonymi trasami) oraz, co też ważne, wielkimi górskimi widokami.
Niedaleko (jakieś 4 km) od Montafon/ Hochjoch znajduje się kolejna ciekawa stacja – Golm (jest zresztą pomysł połączenia obu ośrodków kolejką). Ona też, prócz nart, oferuje inne atrakcje. Skorzystaliśmy z Alpine Coaster, czyli 2,6 km szaleńczego (prędkość może sięgać 40 km/h) zjazdu sankami umocowanymi na stalowych, odpowiednio wyprofilowanych, szynach). Po drodze jest 15 zakrętów po 180 stopni oraz spirala 360 stopni, a najwyższa stromizna sięga 40 stopni. Zabawa jest tym przedniejsze, gdy w sankach usiądą dwie osoby i nie korzystna się zbyt często z hamulców.
W Golm można też spróbować przejechać się Flyingfox – ponad pół kilometra sunie się zawieszonym w uprzęży na linie nad… taflą tamtejszego sztucznego jeziora. Na dodatek zabawa odbywa się wieczorem.
Najtwardsi z kolei mogą wygrać 1000 euro w otwartym wyścigu Diabolo Race – na nartach skitourowych trzeba wspiąć się 1500 m tyle, że stromizna stoku sięga 70 %!
Z kolei zachód słońca obserwowaliśmy w jeszcze innej stacji: Sonnenkopf, która, jak nazwa wskazuje, słynie właśnie z nasłonecznienia. Zasadnie, choć początkowo pozory mylą. Bo najpierw trzeba wyjechać gondolkami z zacienionej siłą rzeczy doliny (poprowadzono w niej autostradę Bregencja-Innsbruck). Ale potem, na rozległym plateau, pojawiają się wspaniałe stoki, o widokach nie wspominając. Tak „trasowe” (ośrodek reklamuje się jako „rodzinny” i może dlatego ceny skipassów są stosunkowo niskie – 6 dni jazdy w „wysokim” sezonie kosztuje dorosłych 151 euro, a w „niskim” – 136, dzieci do 8 lat jeżdżą gratis, są też dostępne specjalne karnety rodzinne), jak freeride’owe. Wprawdzie dawno nie padał tu śnieg, więc najłatwiejsze warianty off piste są przejechane, ale Osuch wypatrzył kilka „czystych” miejsc. Może uda się je wykorzystać!

Autor: Krzysztof Burnetko