Tym razem dzień obył się bez nart. Pogoda nie pozwoliła na próbę freeride’u w Sonnenkopf – z rana niebo było zachmurzone, potem wprawdzie się nieco przejaśniło, ale szybko znowu pojawiły się chmury. Na dodatek mieliśmy do przejechania ponad sto kilometrów dzielące Bludenz w Vorarlbergu i tyrolską dolinę Ötztal – kolejny etap Austrostrady.
Opuściliśmy zatem hotel Val Blu w Bludenz – skądinąd ciekawą i godną naśladowania także w Polsce formułę połączenia różnych biznesów i użyteczności. Otóż jest to rodzaj publicznego ośrodka sportowego połączonego z hotelem właśnie. Mieszkańcy miasteczka i jego okolic mogą tam – podobnie jak goście hotelu – korzystać z basenu, świetnie wyposażonej siłowni, ścianki wspinaczkowej o saunach nie wspominając. W bezpośrednim sąsiedztwie są też stadion piłkarski i lekkoatletyczny, korty tenisowe, otwarty basen o wymiarach olimpijskich (czyli 50 m długości) itd.
Nic dziwnego, że wieczorami i w weekendy parking przed Val Blu jest pełen samochodów miłośników sportowego trybu życia.
Minusem jest tylko kuchnia – obiady bliższe są serwowanym w hotelowych sieciówkach niż w znanych ze świetnego jedzenia tradycyjnych austriackich hotelach.
Do takiego właśnie gasthausu prowadzonego przez rodzinę Perbeschlager w wiosce Habichen trafiliśmy w Ötztal. Już powitalna kolacja okazała się kulinarnym majstersztykiem – była nim w każdym razie zupa z…. rucolli i stosownie wysmażony rumsztyk. Nie mówiąc o tym, że nocleg ze śniadaniem i kolacją właśnie kosztuje tu niespełna 50 euro.
A że nasi filmowcy montowali właśnie pierwszą relację z wyprawy, pojawiły się wspomnienia. Chociażby o klasie Lech. I nie chodzi tylko o przygotowanie stoków i snowparku czy o nowoczesne wyciągi Doppelmayer’a z podgrzewanymi siedzeniami. Bo Lech stawia też na snobizm – tyle, że jak najbardziej zdrowy – w całej swojej ofercie. Przykładowo, jeśli ulega modzie na organizowanie plenerowych koncertów na otwarcie sezonu zimowego, to zaprasza na nie – w przeciwieństwie do wielu innych stacji – nie byle popowe gwiazdki, lecz uznanych muzyków jazzowych.
Na podobnej zasadzie od sierpnia ub. roku chlubi się unikalną instalacją znanego brytyjskiego rzeźbiarza Anthony Gormleya „Horizon field”: setką stalowych ludzkich figur naturalnej wielkości, ustawionych w okolicznych górach na tej samej wysokości 2039 m n.p.m. Mają symbolizować silne – czasem przyjazne, a czasem wrogie – związki człowieka z naturą. Projekt potrwa dwa lata i budzi wśród gości spore zainteresowanie (przewodnicy obowiązkowo pokazują klientom rzeźby widoczne z nartostrad i szlaków).
Menedżerowie Lech-Zürs z powodzeniem wykorzystują także duch rywalizacji cechujący pasjonatów narciarstwa i snowboardu. Otóż w połowie stycznia urządzają na okolicznych stokach tzw. Der Weiße Ring –zawody, w których każdy ma szansę pościgać się z największymi alpejskimi sławami.
Pomysł zrodził się naturalnie: ponad pół wieku temu pasjonat gór Sepp Bildstein opracował koncepcję sieci wyciągów, mających obsługiwać przepiękny region góry Arlberg. System nazwano Białym Pierścieniem – a Lech stało się jednym z najbardziej renomowanych miejsc w Alpach, łączącym, co unikalne, tradycyjny charakter właśnie z nutą snobizmu (jest bowiem częstym miejscem wypoczynku VIP-ów z pierwszych stron gazet – i to nie tabloidów, a tych poważnych).
Dziś dla uczczenia tego pomysłu rozgrywa się „najdłuższy wyścig narciarski świata”. Trzeba w jak najkrótszym czasie pokonać 22 kilometry tras (i prawie 5500 metrów różnicy poziomów!) korzystając z 13 wyciągów zaprojektowanych przez inż. Bildsteina. Oczywiście w przypadku amatorów liczy się sam udział i osiągnięcie mety. Dość wspomnieć, że w imprezie bierze udział… 1000 uczestników – a lista zgłoszeń z powodu wyczerpania limitu miejsc zostaje zwykle zamknięta po nie więcej niż… dwóch godzinach. Najstarszy z dotąd startujących, Hermann Muxel (skądinąd ojciec burmistrza Lech), miał 87 lat i ponoć przejechał cały dystans piękną, starą techniką.
Sam też miałem w styczniu ub. roku przyjemność pokonać Biały Pierścień. Czas przemilczę, lecz świadomość, że gdzieś obok na trasie są tacy alpejczycy, jak Marc Giraldelli czy Patrick Ortlieb jest dużą frajdą.
Teraz jednak czeka na nas Sölden, najsłynniejsza stacja doliny Ötztal – o całkiem innym charakterze, acz chyba z równie wielkimi możliwościami (dwa lodowce i trzy trzytysięczniki dostępne dla narciarzy!).

Autor: Krzysztof Burnetko