Sölden w tyrolskiej dolinie Ötztal to miejsce, w którym jednego dnia można na nartach być na trzech trzytysięcznikach i dwóch lodowcach. Reklamuje się także jako „najgorętsze miejsce w Alpach” („Hot spot in the Alps”) – to z racji mocno zabawowej atmosfery stacji, czemu służą dziesiątki barów apres ski, a także klubów gogo. Byliśmy i na lodowcach, i w barach.
Ale od kilku tygodni gospodarze najpierw prowadzą wszystkich gości do swojej najnowszej dumy: wybudowanych kosztem 38 mln euro dwóch kolejek na Gaislachkogl, jeden z trzech tamtejszych trzytysięczników. Najpierw ośmioosobowe gondolki, osadzone na jednej linie, zabierają narciarzy i snowboardzistów z wysokości 1663 m n.p.m. na 2174 m n.p.m. Liczącą ponad 2 km trasę (i 811 m różnicy poziomów) pokonują w niespełna 7 minut. Przepustowość sięga do 3600 osób na godzinę, co jest rekordem w skali światowej (dotychczasowa kolejka w ciągu godziny wwoziła 1800 pasażerów).
Ze stacji środkowej na szczyt (3040 m n.p.m.) zabiera chętnych kolejka trzylinowa 3-S-Bahn. Opiera się na 2 linach nośnych, a wagoniki transportowane są w górę przez jedną linę ciągnącą – jest to najwyżej wjeżdżająca kolejka o takiej konstrukcji na świecie. Porusza się z taką samą prędkością, jak pierwsza, pomimo że na drugim odcinku różnica wysokości jest jeszcze większa, bo wynosi 864 m.
W sumie przejazd obu odcinków – czyli ponad 3 km o różnicy poziomów 1677 m – zajął nam ledwie 15 minut.
Inwestycja przebiegała nie bez kłopotów. Największe problemy technologiczne wynikały z faktu, ze ostatnia podpora na górnym odcinku musiała zostać osadzona na skale – wiecznej zmarzlinie. Wymagało to od konstruktorów uwzględnienia ruchów cechujących taki rodzaj podłoża. Na dodatek ukształtowanie terenu determinowało wielkość ostatniej podpory: musiała mieć ona 50 m wysokości, podobnej długości ma jej ramię, na którym zawieszone są liny. Wyjściem okazało się osadzenie fundamentu na elastycznych legarach, pozwalających mu przesuwać się na odcinku ok. 60 cm. Ponadto fundamenty składają się z 6 osobnych części, co gwarantować ma odpowiednie balansowanie całej konstrukcji, a więc jej stabilność pomimo ruchów podłoża. Dość powiedzieć, że fundament ostatniej podpory 3-S-Bahn jest 28 razy większy od standardowego fundamentu podpór używanych w wyciągach gondolowych, a lina ciągnąca wymaga napędu o mocy 30 razy większej niż zwykle. Budowę zakończono w grudniu i jest przedstawiana jako dowód, że
Sölden jest również najbardziej technologicznie rozwiniętym ośrodkiem zimowym w Austrii.
A Osuch z Sebą już podczas jazdy kolejką zastanawiali się, którymi kuluarami można by próbować zjechać, gdyby tylko było nieco więcej śniegu…
Po wizycie na Gaislachkogl wyruszyliśmy na pozostałe dwa giganty z tzw. BIG3: Tiefenbachkogl i Schwarze Schneid. Na każdym z nich ustawiono platformy widokowe, z których podziwiać można choćby Wildspitze, drugi pod względem wysokości szczyt austriackiej części Alp (3774 m n.p.m.), odległy od Sölden w linii prostej ledwie o 6,1 km. Nic dziwnego, że pobliska wioska Vent służy często za bazę wypadową tym, którzy chcą zdobyć go na skitourach.
Jest wreszcie Sölden, co może najważniejsze, wielkim obszarem narciarsko-snowboardowym: jeździ się na wysokości od 1350 do 3340 m n.p.m., a wytyczono tu 150 km tras obsługiwanych przez 34 wyciągi (w ciągu godziny zdolne są przewieźć ponad 70 tys. osób). Niezmierzone pozostają też możliwości jazdy off piste. Jeśli tylko pogoda dopisze, chcemy i je sprawdzić – oczywiście z przewodnikiem, zwłaszcza, że aby znaleźć miejsca z dostateczną do freeride’u ilością śniegu, potrzebna jest teraz dobra znajomość okolicy.
Na razie pokonaliśmy m.in. trasę dorocznych, październikowych, inauguracji sezonu alpejskiego Pucharu Świata na lodowcu Rettenbachgletscher (co ciekawe, kobiety i mężczyźni jadą tu slalom gigant po tej samej trasie).
Skądinąd nie przez przypadek od tego sezonu „twarzą” Sölden jest Body Miller, znakomity alpejczyk ze Stanów Zjednoczonych, znany nie tylko z sukcesów na stokach, ale też z imprezowego usposobienia (za użyczenie wizerunku zainkasował ponoć ok.300 tys. euro).
Przejechaliśmy też najwyżej – bo grubo powyżej 3000 m n.p.m. – wydrążony „skitunel”, łączący oba lodowce (a przecież nie dalej jak w środę w Montafon jechaliśmy z kolei najdłuższym na świecie „skitunelem”)
Dotarliśmy wreszcie do miejscowego snowparku na Giggijoch (2450 m n.p.m.). Osuch i Seba byli pełni uznania. Faktycznie, miejsce robi wrażenie – od gigantycznej powierzchni począwszy po dostępne instalacje na każdy poziom freestyle’owego zaawansowania. Naturalnie, chłopaki nie omieszkali z nich skorzystać, oddając kilka serii efektownych skoków.
A potem był już tylko miejscowy obiad w schronisku Gampe Thaya, zachowanym w stanie niezmienianym od kilku dobrych dziesiątek lat. Dostaliśmy wielką patelnię regionalnych specjałów – m.in. przednie knödle ze speckiem oraz przysmażaną kiełbasę domowej roboty z kapustą. Na deser była znowu wielka patelnia – tym razem rodzaj ciasta omletowego z doskonałymi konfiturami.
A w końcu, już po zjeździe do miasta, mała buteleczka Zirberliquer, czyli przepysznego napitku z szyszek limby. To na początek aprés ski – a więc w barze „S’finale” (od „ski finale” oczywiście) i przy wtórze głośnego austriackiego disco polo (w jednej z piosenek pojawiły się nawet te słowa, co świadczy o silnych wpływach kultury polskiej za granicą J). Zaczynały się już tańce (także na stole, choć było dopiero późne popołudnie) i wątki „cała sala śpiewa z nami”.
Wieczorem ekipa, po kolejnym posiłku – tym razem był to stek z jelenia – wróciła do Sölden (nasza kwatera jest 30 km w dół doliny) na dalszy ciąg zabawy aprés ski. Ja zaś musiałem zasiąść do komputera, by pisać tę relację…