Najpierw nasz przewodnik o unikalnym imieniu Rhomet zastrzegł, że wieje ciepły wiatr Föhn (taki tutejszy halny), więc ze znalezieniem dobrych miejsc do jazdy poza trasą, a zwłaszcza puchu, może być kiepsko. Do tego dochodzi groźba lawin. Jeszcze trzy dni temu w Sölden było minus 12 stopni Celsjusza, teraz w dolinie jest 10 stopni tyle że plus. Rhomet zdradził też, że pogoda ma się szybko zmieniać, co może dodatkowo utrudnić wyprawę – oraz robienie zdjęć. W końcu jednak ogłosił, że długo myślał, gdzie możemy pojechać i ma plan.
Najpierw opisywaną tu już najnowszą dumą Sölden, czyli kolejką 3-S-Bahn, wyjechaliśmy na Gaislachkogl, jeden z trzech tutejszych trzytysięczników. Po sprawdzeniu, czy całej piątce (plus Rhomet) chętnych na off piste działają pieps-y pozwalające na lokalizację w razie zasypania przez lawinę (oraz zwróceniu mi zasadnej uwagi, że powinienem mieć kask, bo przy takiej ilości śniegu możemy natknąć się na kamienie), ruszyliśmy.
Pierwszym celem okazał się długi na jakieś 200 m żleb o północnej ekspozycji zwany w lokalnej gwarze Krumpe Rinne, czy „pochyły”. Faktycznie, nachylenie nie należało do najmniejszych, acz kuluar był na tyle szeroki, że pozwalał nie tylko Osuchowi i Sebie na płynne skręty. Zwłaszcza, że śnieg był wyśmienity: podłoże było twarde, jednolite na całej długości, a narty trzymały bez problemów. Wedle Rhometa, zjazd Krumpe Rinne jest ceniony nawet przez miejscowych. Rzeczywiście, tak z góry, jak z dołu kuluar może robić wrażenie.
Drugim punktem planu miał być długi zjazd z lodowca Tiefenbachgletscher do doliny Venter Tal. Do pokonania mieliśmy 1800 m różnicy poziomów – nic dziwnego, bo zjeżdżaliśmy z prawie 3250 m n.p.m. Im dalej oddalaliśmy się od trasy, śnieg z przewianego coraz częściej zamieniał się w puch. W końcu trafiliśmy na nieprzeoraną śladami szeroką płań o długości dobrych 300 metrów. Rhomet polecił zjeżdżać pojedynczo: stok miał południową ekspozycję, a na niebie pojawiło się pełne słońce. Pierwszy ślad założył Osuch, za nim poszli inni. Każdy mógł śmiało wytyczyć swoją linię, zwłaszcza, że w takim puchu, choć z racji temperatur minimalnie zsiadłym, niosło szybko i płynnie.
Dalej zrobiło się jednak dużo trudniej, bo cieplej. Wedle Rhometa tego dnia ujemna temperatura panowała dopiero powyżej 2500 m n.p.m. Niżej było na plusie – i to mocno. Śnieg stał się niejednolity: miejscami było w miarę twardo, ale za chwilę pojawiał się odcinek z mokrym, ciężkim śniegiem, a czasami fragment przekleństwa większości narciarzy czyli tzw. szreni łamliwej. Zwłaszcza węższe – czyli mające mniej niż 100 „pod butem” – narty co rusz się więc zapadały. Do tego dochodziły ukryte pod śniegiem kamienie, rosnące zmęczenie, no i obawa przed ewentualną lawiną. Na dodatek już prawie u celu Rhomet zafundował nam odcinek między drzewami nad korytem spływającego do doliny potoku…
Niższe partie zjazdu grupa pokonała więc w różnym stylu – jedynie Osuch i Seba (oraz Rhomet) nie odmówili sobie na koniec kilku widowiskowych skrętów i skoków między drzewami.
Pot ciekł jednak ze wszystkich, a niektórzy – w tym ja – zaczęli obiecywać sobie pracę nad poprawą kondycji i zastanawiać się, jak poprawić technikę jazdy w faktycznie trudnych warunkach. Bodaj wszyscy jednak byli z przygody zadowoleni.
Tak czy tak, okazało się, że w ten sposób znaleźliśmy się aż 14 km od Sölden. Kiedy taksówką wróciliśmy do stacji, zapadła decyzja, by resztę dnia spędzić w snowparku. A w menu obiadu znalazły się tym razem gigantyczne hamburgery z … tyrolskim speckiem i lokalną wołowiną oraz wyborne żeberka.
Skądinąd, jakże lekka okazuje się jazda po przygotowanych trasach…

Autor: Krzysztof Burnetko