Jednym z powodów, dla którego warto jest odwiedzić subkontynent jest indyjska kuchnia, zazwyczaj pikantna, ale bardzo smaczna i różnorodna. Szczególnie polecam lokalne knajpki lub uliczne stragany, gdzie można z ciekawością przyglądnąć się pracy kucharza, a do tego jedzenie jest świeże, dobre i bardzo tanie. 🙂 Osobiście odradzam jedzenie mięsa w Indiach, chyba że ma się pewność, że zostało zakupione wcześnie rano i nie leżało godzinami na słońcu w otoczeniu much i innych owadów. W przeciwnym razie jest to dosyć ryzykowne i można się porządnie rozchorować. Poza tym indyjska kuchnia to prawdziwy raj dla wegetarian, o takiej ilości i rozmaitości dań, że nawet nie odczuwa się potrzeby jedzenia mięsa.

Jednym z moich ulubionych dań jest paneer butter masala, czyli kawałki białego sera pływające w gęstym pomidorowym sosie z masłem i śmietaną albo vegetable kofta – warzywne kulki, ugotowane w gęstym sosie, najczęściej podawane z ryżem albo chapati (plackami ulepionymi z wody i mąki). Godne polecenia jest również Thali – dosłownie „talerz” pełen ryżu, chapati oraz malutkich miseczek, w których zazwyczaj znajduje się sabdżi (gotowane warzywa), dal (soczewica) i curd (jogurt). Danie to jest jednym z najpopularniejszych i najtańszych w Indiach, serwowanym dosłownie wszędzie, najtaniej zaś w lokalnych dabach – knajpkach bez menu, gdzie je się tylko to, co akurat jest w garnkach. 🙂 Inne kulinarne ciekawostki to różnego rodzaju niewielkie przekąski, snacki, tj. pakora – kawałki warzyw otoczonych besanowym ciastem, smażone na głębokim oleju, samosa – smażone, trójkątne pierożki, nadziewane mięsem lub pikantnie przyprawionymi warzywami i paratha, czyli wielowarstwowy naleśnik smażony w klarowanym maśle albo oleju, najczęściej nadziewany ziemniakami lub warzywami. Będąc w Indiach nie można nie spróbować tutejszych słodkości, najczęściej robionych z gotowanego mleka i przyrządzanych na klarowanym maśle. Są one bardzo słodkie i bardzo dobre, lecz niesamowicie kaloryczne!

Inną warta poruszenia kwestią jest podejście lokalnych do ich wyrobów kulinarnych i ewentualnego ingerowania ze strony turystów w sposób ich przyrządzania. Z własnego doświadczenia wiem, że wprowadzanie jakichkolwiek zmian w indyjskim menu, często kończy się niemałym zamieszaniem i ogromnym niezadowoleniem ze strony miejscowych kucharzy. Pamiętam jak kiedyś zamawiając dwie parathy poprosiłam grzecznie kucharza, który na moich oczach je przygotowywał, by jednej z nich nie obtaczał w jajku. Nie wiedziałam wówczas, że ta niewielka (w moim odczuciu zmiana) wywoła następujący efekt – momentalnie nastała cisza i wszystkie oczy z wrogim prawie że spojrzeniem zwróciły się w moją stronę, kucharz rzucił patelnią i coś tam wykrzykiwał do kasjera, który powiedział, że w takiej sytuacji zapłacę więcej (mimo, że de facto zaoszczędził na jednym jajku!)… Od tej pory biorę to co jest, nie  wybrzydzam, nie ulepszam…:)

Bywa też, że rzeczy dla nas proste i oczywiste, nie są takie w Indiach. Świetnym na to przykładem jest anegdota z kawą „po biharsku” – trójka zaprzyjaźnionych podróżników, zmęczona po całonocnej podróży lokalnym transportem, zapragnęła zacząć dzień od mocnej, dobrej kawy. Tak się złożyło, że akurat mięli ze sobą wysokiej jakości kawę z Ameryki Południowej. Udali się więc do pierwszej otwartej restauracji i uprzejmie poprosili jednego z kelnerów, by zalał zmielone ziarna wrzątkiem do trzech czwartych szklanki, a następnie, po zaparzeniu dodał odrobinę mleka. Wydawać by się mogło, że nie ma nic prostszego… A jednak! Po półgodzinnym czekaniu zjawiło się sześciu hindusów z trzema szklankami letniego, koziego mleka, w których pływały drobinki kawy. Po wyrazie ich twarzy można było się domyślić, że zaparzenie kawy stanowiło dla nich nie lada wyzwanie i prawdopodobnie cała szóstka główkowała, jak tego dokonać. Natomiast zrozpaczeni turyści musieli zadowolić się lokalnym czajem.