Chilijski wulkan Puyehue to miejsce bajkowe. Przynajmniej tak je zapamiętałem. By dostać się na szczyt stożka, trzeba wpierw pokonać bujną selwę, która o poranku wręcz kipi energią. Zlane nocnym deszczem trawy oddają to, co pochłonęły. Papugi fruwają między głowami. Co chwila coś przemyka pod nogami. Nad gruntem widać parę nadającą dżunglowemu porankowi iście mistycznego wymiaru. Tak. W ten sposób zapamiętałem szlak na Puyehue. Co jeszcze utkwiło mi w pamięci? Może ta wymowna bezludność. Nikogo na szlaku. Pamiętam, że stożek, który był coraz dalej i coraz, pokryty był białym puchem. Cieniutką warstwą. Grunt nadal był ciepły. A jednak! Ten wulkan wciąż żyje. Przez chwilę przemknęła myśl o tym, że przecież jednak znajduję się na wulkanie. Ale wizja jego ewentualnego wybuchu zdawała się być tak odległa, tak nieprzystająca do rzeczywistości, że wręcz nierealna. Taki relikt przeszłości. Podobnie jak widoczny znad krateru zastygły czarny jęzor lawy. Niczym pomnik. Pamiątka w muzeum. Nieme świadectwo, że kiedyś, coś, może… Faktycznie. Wybuchło. Ale to już dawno. W takim poczuciu traktowałem Puyehue do dziś. Do czerwca 2011 r. Ale jednak stało się.

W sobotę 4 czerwca wulkan Puyehue wybuchł. Po 50 latach uśpienia. Erupcję wulkanu poprzedziły słabe wstrząsy sejsmiczne. Ewakuowano 3500 osób. Nad kraterem momentalnie powstały wulkaniczne chmury. Szybko przesunęły się nad teren sąsiedniej Argentyny. Wszystkie loty na pobliskich lotniskach zostały anulowane. Dziś niezwykle trudno dostać się drogą powietrzną do baśniowej patagońskiej krainy. Po dwóch dniach fragmenty pylastej chmury dotarły nawet nad odległe Buenos Aires. Samochody w pobliskich od wulkanu miejscowościach prędko pokryły się szarą warstwą wulkanicznego tuffu. Słup popiołów, który unosi się nad kraterem sięgał dziesiątek kilometrów. Drogi pokrywają się charakterystycznym materiałem piroklastycznym. Staja się nieprzejezdne. Mieszkańcy wchodzą na dachy, by usunąć zalęgającą warstwę kolejnych popiołów. Po okolicy spacerują w maseczkach. Na miejsce zdarzenia przybył prezydent Chile.

Szybko wydano ostrzeżenia o wysokiej aktywności sejsmicznej, ogłoszono też najwyższy stopień zagrożenia wulkanicznego. Zamknięto pobliskie przejście graniczne między Chile a Argentyną. Baśniowe San Carlos de Bariloche momentalnie zamieniło się w smutną, ponurą mieścinę. Zwyczajowo przepiękne, z mieniącymi się jeziorami, nazywane stolicą Patagońskiej Szwajcarii dziś przypomina raczej księżyc niż piękne alpejskie państwo. Jezioro Nahuel Huapi z seledynowej barwy przeistoczyło się w szarą kałużę pełną błotnistej mazi.

Wybuch poprzedziły niewielkie wstrząsy sejsmiczne. Te odczuwalne były nawet w odległym od Puyehue o 900 kilometrów Santiago.