Pierwsze kroki w Meksyku


W końcu nadszedł ten dzień i wsiadłyśmy do samolotu. Czekał nas jedenastogodzinny lot… nie było tak źleJ W Meksyku wylądowałyśmy już w nocy i nie miałyśmy pojęcia, co nas czeka. Lotnisko jak lotnisko. Pierwszym problem pojawił się już po odebraniu bagaży. Nasze rowery po podróży przez Atlantyk nie nadawały się do jazdy. Koła były tak pokrzywione, że nie mieściły się w widelcach. Rozłożyłyśmy się na środku lotniska i prostowałyśmy obręcze o barierki lotniskowe – chciałyśmy, żeby chociaż zaczęły się kręcić! Myślę, że widok dwóch białych dziewczyn próbujących złożyć rowery w nocy na lotnisku był dość dziwny… Jakoś sobie poradziłyśmy, obładowałyśmy rowery bagażami i ruszyłyśmy ku wyjściu z lotniska.

Pierwsze kroki w MeksykuMiałyśmy namiary na jakiś hostel, plan miasta w przewodniku – wydawało nam się, że jesteśmy przygotowane. Ale jak już wspomniałam, nie wiedziałyśmy jeszcze, co nas czeka. Zostałyśmy zaatakowane przez taksówkarzy!!! Kto kiedykolwiek był w Ameryce Łacińskiej wie, co to oznacza. (patrz: http://blog.holidaycheck.pl/ameryka-poludniowa/na-lotnisku/) Delikatnie mówiąc poczułyśmy się osaczone. Chciałyśmy samodzielnie dotrzeć do hotelu, jednak zostałyśmy skutecznie przekonane do skorzystania z taksówki.  Z przerażeniem patrzyłyśmy, jak nasze rowery są za pomocą sznurków mocowane do tylniej szyby samochodu. Poszłyśmy za ciosem i wsiadłyśmy do taksówki. Bardzo ważne jest, żeby cenę ustalić wcześniej z taksówkarzem, przy podawaniu miejsca docelowego – inaczej możemy zostać ostro naciągnięci. I nie zdziwmy się, jak taksówkarz wejdzie z nami do hostelu, żeby nam „pomóc załatwić formalności”. Tak naprawdę to upomina się u recepcjonisty o jakąś prowizję od klienta – w końcu gdyby nie on, to byśmy tam nie dotarły ;)

W każdym razie zadowolone, że przeżyłyśmy nasze pierwsze godziny w Meksyku, położyłyśmy się spać. Następnego dnia nastąpiło zderzenie z meksykańską rzeczywistością w świetle dziennym. Udałyśmy się na poszukiwania kogoś, kto doprowadziłby nasze rowery do używalności. To co się dzieje na ulicach tego miasta jest nie do opisania. Samochody i ludzie tłoczą się między sobą na jednokierunkowych ulicach starając się omijać porozstawiane wszędzie stragany, jednocześnie pokazując, kto jest głośniejszy… byłyśmy totalnie skołowane. Koniec końców udało nam się załatwić co chciałyśmy, ale zupełnie zagubione postanowiłyśmy nie zwiedzać miasta, tylko jak najszybciej z niego wyjechać. Następnego dnia zapakowałyśmy nasze rumaki, z duszą na ramieniu przedostałyśmy się na dworzec autobusowy i tam, biorąc na litość kierowcę, załadowałyśmy się do autobusu w kierunku Teotihuacan – strefy archeologicznej. Po raz kolejny przekonałyśmy się, że podjęłyśmy słuszną decyzję, kiedy z szyb autobusu przez ponad połowę drogi widziałyśmy ciągnące się w nieskończoność slumsy. Wolałyśmy się nie zastanawiać, czy wyjechałybyśmy całe ze stolicy…

  1. Podziwiam za odwagę. Brzmi że przygoda fajna, mimo że troche miałaś pod górkę. Czekam na dalszą część tej opowieści. Czy w końcu udało się poruszać rowerem ? I jak sama jazda po po meksyku? A tak wogóle to z kąd taki pomysł żeby zwiedzić Meksyk w taki właśnie sposób?



Dodaj komentarz

pole opcjonalne

  1. Brak trackbacków.