Ameryka Południowa? Daleko? Egzotycznie? Inaczej?
Gdy biorę do ręki tekst o Ameryce Łacińskiej, spotykam się najczęściej z jedną, wspólną dla wszystkich myślą: kontynent o skrajnie odmiennej kulturze od naszej, europejskiej. Egzotyczny. Poruszający. Niektórzy napiszę nawet, że dziki.
A ja zacznę pisać o tym fascynującym zakątku świata jako o czymś zupełnie bliskim. I to nam wszystkim. Bo kulturę latino można spotkać na co dzień. Zobaczymy ją w wydzierającym się na nas motorniczym tramwaju, który opitoli nas za przebiegnięcie na czerwonym świetle. Poczujemy ją, gdy w maju zza połaci szarzyzny nareszcie wyjdzie słonko i zacznie grzać do końca września. Usłyszymy ją, gdy wybierzemy się na bazar i zaczniemy targować się ze staruszką sprzedającą jabłka. Wreszcie spostrzeżemy ją, gdy pod Dworcem Centralnym w Warszawie pewny siebie pan podejdzie do prześlicznej dziewczyny i zapyta ja, jak się ma w ten piękny, bezchmurny dzień. To jest kultura latino. Śmiech. Łzy. Spontan. Huk decybeli. Egzaltacja. Emocje. Skrajności. Wbrew pozorom Ameryka Południowa nie leży gdzieś hen – hen. I mam nadzieję, że część z Was postanowi to sprawdzić na własnej skórze. To naprawdę możliwe. Ba, śmiem rzec, że nawet dość proste.
Aby to zrozumieć, trzeba wpierw dotknąć. „Oryginał” inspiruje. Daje wzorzec. Dlatego jak najbardziej uzasadnione jest pragnienie pojechania tam – daleko. By podładować baterie. I – co tu dużo ukrywać – uzależnić się. Zapraszam więc na kontynent, którego serce oddalone jest od naszego pięknego kraju o jakieś 10 000 kilometrów.
No, to może zacznijmy od podstaw. Kupujemy bilet. Owszem, podróż promem to z pewnością fascynująca przygoda, ale… może innym razem.
Póki co, skoncentrujmy się na bardziej standardowych realiach transportu – samolot. Do Ameryki Południowej dolecimy bez problemów. Owszem, z przesiadką tu i tam, ale bez problemów. Ceny za loty kształtują się od 2800 PLN do Buenos Aires (ale to już rekordowe okazje) do 5500 PLN do Santiago. Oczywiście, im wcześniej zdecydujemy się na lot (ok. 5 miesięcy), tym lepiej. Najwięcej linii lata do Argentyny i Brazylii. Nieco trudniej (czytaj: drożej) przedstawia się cena za połączenie do Limy lub La Paz. Ale to już szczegóły, na które nie warto zużywać klawiatury. Bo zobaczyć, jedno jak i drugie, na pewno warto!
Pamiętam słowa przyjaciela, u którego zapragnąłem zasięgnąć języka, gdy wybierałem się na swoją pierwszą wyprawę do Ameryki Południowej.
- Ale ty wiesz, Stefan, że jadąc tam wypisujesz na siebie wyrok? Gwarantuję ci, że wrócisz stamtąd smutny i nieszczęśliwy – ostrzegał na wstępie.
- Eeeeyyy? – kontynuowałem wywód.
- Zobaczysz takie rzeczy, że od tej pory będziesz kombinował, kręcił, mącił i robił wszystko, by jak najszybciej tam wrócić… W sercu zagości ciągła tęsknota. Niestety. To jest cena za takie pomysły.
Dziś wiem, że te słowa były wyrocznią celującą w sedno. Po niespełna pół roku od powrotu z trzymiesięcznego pobytu postanowiłem wrócić do Ameryki na kolejne dwa. I jakoś tak to wszystko leci. A co do smutku? Nie będę ukrywał. Troszkę szkoda. Ale… Cóż. Kombinuję, kręcę, mącę. I co? I może pisanie dla holidaycheck.pl pomoże w tęsknocie. Odtworzy przygody, wrażenia, ludzi, których spotkałem. I skróci czas oczekiwania na kolejną wyprawę. A przede wszystkim – zainspiruje kogoś z Was. Pomoże w planowaniu wyprawy. Oby doszło do niej jak najszybciej.
Wróćmy może jednak do przygotowań. Co, oprócz standardowej szczoteczki do zębów i pary majtek na zmianę powinniśmy mieć ze sobą będąc w Ameryce Południowej? Będziemy łazić sporo po Andach. Zwłaszcza tych patagońskich. A zatem gorąco, bezkompromisowo, srogo i zarazem serdecznie polecam zabrać ze sobą pokrowiec przeciwdeszczowy na plecak. Pogoda, jak kobieta. Zmienn… No, może nie będę kończyć.
I jeszcze coś. Wszelka odzież antywiatrowa równie mile widziana. Naprawdę, nie oszczędzajmy na porządnym softshellu z wind-stoperem. Zaszalejmy i kupmy sobie koszulkę termiczną i kurtkę typu packlight. To naprawdę nam się zwróci. Gdy z trzydziestokilogramowym plecakiem będziemy kląć we wszystkich językach świata, zadając sobie jednocześnie pytanie, dlaczego jesteśmy tak głupi, by pakować się podejściem podczas deszczowej zawiei… Tak, wówczas te dwieście złotych w tą czy w tamtą stronę traci na znaczeniu. Co jeszcze? Jeśli mamy zamiar wejść do selvy (a będziemy mamy zamiar, gwarantuję), postarajmy się o porządny środek owadobójczy. Ale nie żaden „Off”, czy inny dezodorancik dobry na nasze, poczciwe owady, lecz coś naprawdę mocnego. Najlepiej, żeby miało z 80% stężenia. Są takie preparaty produkowane dla tych, co jeżdżą np. na Syberię na ryby. Wiem, bo takiego właśnie używam.
Chciałoby się napisać: „mucha nie siada”.
A co do reszty, to zdaję się na Waszą pomysłowość. Ja np. nie potrafię obejść się bez obcinacza do paznokci. ![]()
Gotowi? No, to teraz możemy już śmiało wyjść z domu i dalej – na lotnisko. Zapraszam!
