Centrum Buenos Aires
11 marca 2010, Opublikowane przez: Stefan CzernieckiBrak komentarzy
Zwiedzania Buenos po swojemu ciąg dalszy.
Po godzinie jazdy autobusem dojeżdżamy do centrum stolicy Argentyny. Główna część miasta to coś w stylu połączenia Nowego Jorku z Honolulu. Wieżowce po obu stronach jednokierunkowej, szerokiej, zawalonej kupą samochodów i motocykli ulicy. Budynki może i nie za piękne, ale z pewnością robiące wrażenie. Chodniki wciśnięte pomiędzy witryny sklepów a rozhuczaną ulicę zapchane są pędzącymi w swoich kierunkach portenios (tak tytułuje się mieszkańców Buenos Aires).
Mimo zapowiedzi, czuję się dość bezpiecznie. Tu grają tango, tam zagaduje mnie brazylijski kelner, tam zatrąbi na mnie taksówkarz. Miał prawo. Tak mi się nie chciało czekać na to zielone. A, że akurat musiał podjechać, to cóż.. Chyba wtapiam się w tłum. Dla Argentyńczyka bowiem coś takiego jak światło dla pieszych praktycznie nie istnieje. Zresztą, dla kierowców też tylko sporadycznie.
Jest jeszcze jedna, odrębna grupa uczestników ruchu, o której warto wspomnieć podczas poruszania tematu świateł w Buenos. Chodzi o cyklistów. O ile samochody poruszające się po centrum miasta raczej (zaznaczam, że użyłem słowa „raczej”!) stają na czerwonym, o tyle podążający na rowerach i motorach już nigdy. Nawet gdy mamy do czynienia z największym skrzyżowaniem i jadącymi w poprzek samochodami, rowerzysta i tak będzie pakować się w sam środek takiego skrzyżowania i… przejedzie jak gdyby nigdy nic .Albo i nie… Jeszcze nie widziałem wypadku. Ale jestem tu zaledwie trzeci dzień. Ponoć wg statystyk dziennie na światłach w Buenos ginie 3-4 rowerzystów. Szkoda.
Ulice w większości są tu jednokierunkowe. Mama Maggie stwierdziła, że w całym mieście istnieją zaledwie 4 (słownie: cztery) ulice dwukierunkowe. Ciekawie mają tu rozwiązane kwestie bezpieczeństwa na skrzyżowaniach podporządkowanych (a takie są praktycznie wszystkie, gdzie nie ma świateł). Mianowicie droga podporządkowana ma wybudowany tuż przed wjazdem na skrzyżowanie specyficzny poprzeczny rów. Ale nie rowek. Rowisko! Podejrzewam, że u nas zbojkotowalibyśmy to po 2 godzinach od wymyślenia tego i zainstalowania na ulicach Warszawy. Te rowy mają niekiedy głębokość realnej koleiny w lesie! Ale cóż. Prawda też, że dzięki temu auto musi się zatrzymać i powoli przejechać. Cel uświęca środki?
A jak zorientować się w kierunkowości ulic, skoro 99,9 % z nich ma jednokierunkowy charakter? Otóż, nad tablicami z nad nazwami ulic umieszcza się malutkie prostokątne tabliczki ze strzałką informującą o kierunku jazdy daną ulicą. Bo po co inwestować w wielkie znaki, jak u nas? Ileż to oszczędności. Zwłaszcza, że taki znak musiałby powstać na praktycznie każdym rogu w Buenos. Mają łeb na karku ci portenios.

Brak komentarzy