Nie tak dawno pisałem o milczących marszach matek na Plaza de Mayo w Buenos Aires. Pisałem o latach wojskowego reżimu, o prześladowaniach. O tym, że szacuje się, iż zaginęło wówczas 30 tysięcy młodych mężczyzn.
Od tygodnia Argentyna żyje historią Abela Pedro Madariagi. To ojciec zaginionego przed 32 laty chłopca. Wówczas wojskowi porwali ciężarną żonę Abela. Wkrótce potem z rąk żołnierzy straciła życie. Osieroconego syna oddano zaś w ręce rodziny jednego z żołnierzy. Dziś wychodzi na jaw, że dziecko było przez przybranego ojca molestowane seksualnie.
Niedawno syn Madariagi zgłosił się do organizacji praw człowieka. Twierdzi, że męczyły go wątpliwości o swoim prawdziwym pochodzeniu. Wspomniana fundacja pomaga tzw. „dzieciom junty”, czyli osobom które utraciły bliskich lub, jak w przypadku syna Madariagi, wskutek wojskowej junty, nie znają swojego pochodzenia. Po badaniach DNA wyszło na jaw, że 32-letni dziś mężczyzna jest faktycznym synem Abela.
Dla setek argentyńskich rodzin ta historia rozbudza nadzieje, że któregoś dnia i one odnajdą swoje utracone pociechy. Milczące marsze znów nabrały sensu.
