Dziś pojedziemy na miasto sami. A co! To będzie nasz „chrzest”. Odcinamy zatem pępowinę gościnności naszych argentyńskich przyjaciół i wyposażeni w plan miasta, parę pesos i dobry humor ruszamy prężnie na nieodległy przystanek autobusowy. Od tego bowiem trzeba zacząć. Zapomnijmy o wypożyczaniu samochodu. Nie warto. Po pierwsze, zabiją nas inni uczestnicy ruchu. Nie mając tutejszych nawyków nie będziemy potrafili nawet włączyć się do ruchu. Tutaj trzeba mieć tupet. A po drugie, nie opłaca nam się to finansowo. A zatem autobus!
Te jeżdżą, rzecz jasna, bez rozkładu jazdy. Żebyśmy się za bardzo nie rozpieścili. Bez obaw jednak. Jeżdżą bez rozkładu, a i owszem, za to jak! Nasza stodziewiątka podjeżdża dosłownie co 3-4 minuty. Prawie jak warszawskie metro. Wsiadamy. Czas zakupić bilet. W Buenos nie ma sprzedaży biletów w kioskach, czy sklepikach. Tutaj płaci się przy wejściu. Podchodzimy wiec triumfalnie do kasownika, nie dając po sobie poznać, że to nasz „pierwszy raz” i udając, że dokładnie wiemy, co teraz czynić. Ponoć przejazd kosztuje 1 peso. Jeszcze… Za parę dni szykuje się podwyżka. Świadczą o tym liczne strajki studentów na mieście. Ma być 1,25. Zwłaszcza to 0,05 jest niezwykle celnym strzałem. Ale o tym w kolejnym poście.
Wrzucamy zatem do kasownika jeden peso. Ten zaś milczy… Cisza. Za nami kolejka oczekujących – część jeszcze na przystanku. No, śmiało! Co jest! Kochany kasowniczku! Rozpaczliwie wrzucam kolejną monetę. Jest – drukuje się bilet! No, to my dalej – w swej bezopamiętanej głupocie wrzucamy kolejne 2 pesos. Przecież mamy tylko jeden bilet, a jedziemy we dwoje, tak? Kierowca coś tam do mnie mówi ze swojej szoferki, ale… chyba go nie rozumiem. J Tak, zdecydowanie go nie rozumiem. Wrzucam kasę, odbieram drugi bilecik i szczęśliwy siadam na miejscu w czerwonym autobusie – jako żywo przypominającym te szkolne, dowożące amerykańskie dzieci do szkół. Co się okazuje po lekturze mądrych napisów na bilecie? Ano to, że to kierowca autobusu zmienia sobie licznik w zależności od tego, kto wchodzi do autobusu. Gdy facet zobaczył, że jest nas dwoje, zmienił układ, co by kasownik przyjął tylko 2 pesos i wydrukował bilet od razu dla dwóch osób. Taki zgrywus… A potem pewnie usilnie tłumaczył mi swój pomysł. Tak, pewnie tłumaczył…
2 pesos poszło, nie powiem, gdzie. Trudno. Teraz przynajmniej możemy dumnie jechać, bo zapłaciliśmy podwójnie. J Skoncentrujmy się na jeździe. Bo jest na czym. Zauważam, że mijamy kolejne dwie stodziewiątki (dla porządku dodam, że jadące w tym samym kierunku, co my…). Hę? Generalnie, autobusiarze ścigają się na ulicy. Kto komu podwędzi pasażerów z przystanku. Początkowo byłem przekonany, że najwidoczniej mają z tego profity. Szybko wyprowadzają nas z tego błędu. Okazuje się, że oni tak po prostu mają…:)
Przejedźmy się po Buenos!A zatem, driverzy komunikacji miejskiej Buenos ścigają się jak najęci. Na kolejnym skrzyżowaniu otwierają swoje okienka i dyskutują o właśnie wykonanym manewrze. I umawiają się na kolejny wyścig. Np. „widzisz ten przystanek? Kto pierwszy?”. I zaczyna się znowu. I pewnie na następnym skrzyżowaniu znów będą dzielić się wrażeniami z rozstrzygniętych zawodów. Przynajmniej się nie nudzą. J Oczywiście, drzwi otwierają przy prędkości ok. 10 km/h – co by się szykujący się do wysiadki pasażer mógł się przygotować skutecznie. Wszystkie przystanki są na żądanie. A na przystankach – uwaga – kolejki oczekujących. Kurcze – słyszałem o tym, ale myślałem, że to zwyczaj obecny tylko w Japonii. Nie do końca. Tutaj także. W Buenos kolejki są wszędzie. Nie przejdziemy ulicą bez zarejestrowania jakiejś kolejki. Stoją wszyscy. Widziałem takie po paręset metrów – załamywały się na rogach ulic i biegły dalej. Podchodzisz na koniec takiego węża, pytasz o numer autobusu (regułą jest przyporządkowanie jednego przystanku tylko jednej linii autobusowej. Tak jest łatwiej. Przystanki rozlokowano zatem co pięć metrów – każdy kolejny dla innego numeru autobusu), stajesz na końcu i czekasz na podjazd autobusu. Wygląda to naprawdę komicznie. Kolejka poważnych ludzi siorbiących yerba mate i czytających gazety. Pięknie!
A, że Buenos ogólnie uwielbiają stać w kolejkach, to już… Cóż? Tak po prostu mają. Wszędzie. Do banków, bankomatów, do jakichś automatów, do centrali telefonicznych, do autobusów, które jeszcze nie podjechały. Taki zwyczaj.
