Wieczorem w Buenos


Co można robić wieczorem w Buenos? Pytanie zupełnie bez sensu. Możliwości jest bez liku. Możemy – rzecz jasna (w końcu jesteśmy w Argentynie!) – stołować się do północy wraz z lokalnymi portenios. Polecam. Czas mija niepostrzeżenie. Urocza atmosfera spowoduje, że naprawdę poczujemy się wypoczęci. Gdy jeszcze na stole stoi jedno z argentyńskich win nawet bariery językowe staną się nic nie znaczącymi błahostkami.

Możemy pójść na miasto. A tam. Cóż… Prawda jest taka, że do godziny jedenastej wieczorem (bo jeszcze nie w nocy, a na pewno nie tutaj) centrum miasta jest wyludnione i puste. Gdzie są wszyscy? Patrz wyżej. Pewnie, że ucztują! Na miasto wyjdą, jak się najedzą. A, że puby i tak otwierają dopiero po północy, nie ma czego szukać na pustych ulicach. Jeśli nie mamy warunków, wybierzmy się do którejś z licznych tu restauracji.

Dziś zapraszają nas nasi przyjaciele na pizzę. Ok., niech będzie. I wszystko byłoby pięknie, gdybym znów nie usiadł z przodu samochodu prowadzonego przez mamę Magie. Kiedy Uwielbiam Normę, ale dlaczego ona katuje tak tego biednego Forda? Całe miasto pokonujemy na dwójce. Auto warczy, jak diabli. Czasem mam ochotę zmienić ten bieg choćby na trójkę, ale mi troszkę nie wypada. Norma postanawia nagle skręcić w prawo. Oczywiście jadąc na siódmym pasie – licząc od prawej…

To manewr zupełnie zwyczajny. Nie wiem, czym się tak ciągle podniecam Widocznie jeszcze się mnie trzymają europejskie nawyki. A zamiast tego powinienem wyrobić inny – latynoski. Polega on na leniwie zblazowanym wystawianiu lewej (w przypadku kierowcy) bądź prawej (w przypadku pasażera, czyli w tej sytuacji moim) przez otwarte okno. Ot, taka południowoamerykańska oszczędność energii. Zamiast mrugnąć kierunkowskazem, można wystawić łapę za okno i dać znać, że się zamierza skręcać. A właściwie, że już się ten manewr wykonuje. :)

Norma prowadzi nas do schowanej w cieniu innych budynków lokalnej pizzerii. Łaaaaa!!!! Klimat niczym w Neapolu Gwarno, głośno, lepiące się ceraty na stołach. Przed knajpą w półświetle ulicznych latarni kolejka (bo jakżeby inaczej!) oczekujących – każdy ze specjalnym numerkiem. Jak ktoś skończy i zwolni stolik, można wejść.

- To nasza najlepsza pizzeria – stwierdza z nieukrywaną dumą w głosie Antonio.

Przez całą drogę zachwycał się, że „pizza ociekająca serem”, że „belissima”, itd. Narobił mi smaku, nie powiem. Po chwili oczekiwania siadamy wreszcie w środku. Jestem przeszczęśliwy. Jestem jeszcze bardziej przeszczęśliwy, bo podają nam piwko. Czekamy, czekamy… Czekamy… Aż wreszcie podchodzi kelner i powiadamia nas, że… skończyła się pizza.. Takie rzeczy to tylko w Buenos.

Dodaj komentarz

pole opcjonalne