-Macie jeszcze niespełna trzy godzinki do zachodu słońca. Pędźcie na mirador – zachęca Piotr, dopiero co poznany rodak.
-A Wy? – pytam, mając na myśli jego oraz małżonkę.
-My już byliśmy wczoraj. Idźcie. Raz, dwa. Druga taka okazja może się już nie powtórzyć. A pogawędzimy sobie później.
Nie trzeba było dwa razy powtarzać. Faktycznie. Szybko uświadamiam sobie, że przecież Cerro Torre jest widoczne statystycznie przez trzy dni w miesiącu. Szanse na to, że jutro będziemy mieli taki widok jak dziś są zatem jak jeden do piętnastu. Nie warto ryzykować. Tym bardziej, że smukła sylwetka Cerro Torre aż mieni się od odbijających się w niej promieniach słońca. Zbliża się koniec dnia. Światło jest coraz ciekawsze. Otoczenia nabiera coraz bardziej pastelowych odcieni. Teoria fotografii pejzażu odkryła to już dość dawno. Okres tuż przed zachodem oraz tuż po wschodzie dnia to momenty, w których powstają najciekawsze zdjęcia.
Ruszamy zatem na mirador. To po hiszpańsku „punkt widokowy”. Wędrując po Ameryce Południowej warto przyswoić chociaż ten zwrot. Miradorów tu bowiem jak psów. Do większości prowadzą starannie przygotowane szlaki, często schodki, metalowe poręcze. W przypadku miradora na Cerro Torre całe szczęście oszczędzono tego typu udogodnień. Szlak prowadzi wpierw wschodnim wybrzeżem Lago Torre, by po chwili zacząć wspinać się na okoliczną morenę. Jej grzbietem pokonujemy resztę drogi. Po lewej (południowej) stronie mamy piękną ekspozycję na mroźne jezioro. Po prawej (północnej) – podnóże Cerro Techado. Bardzo tu sympatycznie. Gdzieniegdzie pokonać musimy niewielkie strumyki spływające do Lago Torre. Szlak nie nastręcza poza tym większych trudności. Na znaczącym odcinku poukładano kamienne głazy, po których trekking to sama przyjemność. Na samym końcu trasy, po ok. półtorej godzince spokojnego marszu, wychodzimy na niewielką piaszczystą półkę. Nie znajdziemy żadnego znaku, że to właśnie tutaj znajduje się owy mirador. Po prostu od tego momentu dalszy trekking wymagałby zaawansowanych umiejętności wspinaczkowych. Stok robi się znacznie bardziej stromy. Próżno szukać ścieżki. Parę naście metrów przed nami widać kolejne osuwiska. Tak. Zdecydowanie. Znajdujemy się na miradorze.
Zachód coraz bliżej. Oprócz mnie nie dostrzegam na miradorze nikogo. Najwidoczniej jestem ostatnim turystą, który miał dziś ochotę zobaczyć Cerro Torre z bliska. Większość z nich nocuje w El Chalten. Stąd do miasteczka jest przynajmniej dwie i pół godziny szybkiego spaceru. Dla nich to już zbyt późna pora, by delektować się widokiem zachodu słońca pod Cerro Torre. To kolejny powód, dla którego warto spędzać noce na okolicznych polach namiotowych zamiast w El Chalten.
Z miradora widzimy wschodnią ścianę Cerro Torre. Żółtawo-pomarańczowa poświata zachodzącej kuli maluje tło podziwianego krajobrazu. Jest naprawdę niesamowicie. Wracając dostrzegam pojedyncze parki. Zakochani, wtuleni w siebie siedzą na brzegu Lago Torre i w milczeniu wpatrują się w spektakl, jaki współtworzy zachodzące słońce oraz jednak z najsłynniejszych skalnych ścian świata. Trudno o bardziej romantyczny wieczór.
Robi się coraz chłodniej. Zrywa się wiatr. Na tafli Lago Torre pojawiają się malutkie fale. Ściemnia się. Nieodległe skalne zęby wydają się z minuty na minutę coraz bardziej srogie i groźne. Oto cała Patagonia. Oto całe góry. Tak wiele obliczy. Nie potrafię wyjść z zachwytu, że dziś Bóg dał mi możliwość obserwowania chyba tego najpiękniejszego z możliwych. Możliwość współtworzenia tego spektaklu. Niejako bycia w jego centrum. Czas do śpiworka. Jutro czeka nas pobudka ok. czwartej rano. Po zachodzie słońca widocznego zza Cerro Torre przed nami kolejna atrakcja – według niektórych jeszcze bardziej fascynująca. Wschód słońca. Tym razem odbijającego się wprost na ścianie. Zobaczę. I napiszę. ![]()
