Dzielnica Villa del Parque. Mamy szczęście. Zamieszkamy w spokojnej i zacisznej dzielnicy Buenos. Do centrum blisko – bo 20 minut pociągiem to tyle, co nic. Autobusem już nieco gorzej, bo ponad godzinę. Pamiętajmy jednak, że w aglomeracji Buenos mieszka ponad 13 mln ludzi. Jeżdżenie do pracy ponad trzy godziny jest tutaj na porządku dziennym. Wyobraźmy sobie, że mieszkając w Bydgoszczy, pracujemy w Warszawie, gdzie codziennie musimy dojechać. Przyjemnie, prawda? Trzy godziny w jedną, trzy w drugą. I pół dnia mija. Tutaj mają zupełnie podobnie. Ale i tak się uśmiechają. Co zmieni, że zaczniemy kląć, na czym świat stoi?
Buenos to miasto dwubiegunowości. Jadąc z lotniska mijaliśmy dziurawe, nie otynkowane, szaro bure bloki mieszkalne, „wyposażone” w ciemne dziury (chyba robiły za okna), z których zwisało pranie. Dzieciaki na bosaka grały w piłkę na piaszczystym klepisku. A całości dopełniał biedny widok zapuszczonych murów pomalowanych graffiti. Następnie wjechaliśmy do tzw. downtown, czyli po prostu do biznesowego centrum. Pełnego szklanych hoteli, pałaców i wystawnych urzędów. Jeszcze dalej położona jest natomiast nasza Villa del Parque, do której wjechaliśmy na sam koniec.
Jakaż zmiana! Wachlarz dźwięków i odczuć. Jakby ktoś zmieniał scenę za teatralną kurtyną. Wszystko na przestrzeni ok. 20 km. A teraz cisza… Jesteśmy bowiem w miejscu, gdzie portenios cenią sobie prawo do odpoczynku po pełnym rozentuzjazmowanego harmidru dniu. Owszem, Argentyńczyk kocha, jak się wiele dzieje. Gdy jedną słuchawkę ma przy uchu, z kim innym rozmawia w tym czasie w autobusie, a przy okazji ochrzania kierowcę, że zbyt gwałtownie zahamował. Musi się dziać! Teraz jednak jest sjesta. Mamy godzinę 14-stą. Szczęściarze, nie pracujący w barach szybkiej obsługi lub w komunikacji, mają teraz prawo do paru godzin drzemki. Ewentualnie – wiadomo – do paru godzin łasuchowania. Wedle uznania.
Oczywiście, raz na jakiś czas musi ktoś przejeżdżać. A jak przejeżdża, musi o tym zakomunikować. Biiiiiip! Klakson rozlega się co jakieś dziesięć minut. Ale to i tak prawie jak nic. Kierowcy ostrzegają w ten sposób, że zbliżają się do skrzyżowania równorzędnego. To znaczy… Ono było w teorii równorzędne. Teraz, kiedy rozległ się klakson, wiadomo, że jest podporządkowane. Komu? Głupie pytanie…
W centrum takie „zaznaczanie swojej obecności na drodze” jest rzeczą dosyć nagminną. Kończy się to wszystko tym, że klakson jest używany z częstotliwością… No, dobrze. Jest używany praktycznie non-stop. Tutaj, w Villa del Parque, mamy jednak chwilę spokoju. Puste uliczki. Ładnie przystrzyżone trawniki. Gdzieniegdzie wałęsa się znużony pies. A raczej, leży mrużąc oczy do słońca. Jest przecież sjesta. A psy szybko się uczą. Zresztą, teraz nikt go i tak nie nakarmi. W dzielnicy pustki. Ciche Buenos Aires. Zapamiętajmy to odczucie. Jeszcze będziemy je miło wspominać.
