„Marsz na rzecz Edukacji” – pod takim hasłem odbyły się w ostatnim czasie manifestacje w stolicy Chile, Santiago. Szacunki co do liczby prostujących są bardzo różne. Policja podaje liczbę 60 tysięcy. Sami organizatorzy są zdania, że udało im się zmobilizować ok. 100 tys. ludzi. W każdym razie chilijskich protestów nie sposób się nie zauważyć.
Archiwum kategorii: Chile
Przeszłość wróciła. Puyehue znów ożył.
Chilijski wulkan Puyehue to miejsce bajkowe. Przynajmniej tak je zapamiętałem. By dostać się na szczyt stożka, trzeba wpierw pokonać bujną selwę, która o poranku wręcz kipi energią. Zlane nocnym deszczem trawy oddają to, co pochłonęły. Papugi fruwają między głowami. Co chwila coś przemyka pod nogami. Nad gruntem widać parę nadającą dżunglowemu porankowi iście mistycznego wymiaru. Tak. W ten sposób zapamiętałem szlak na Puyehue. Co jeszcze utkwiło mi w pamięci? Może ta wymowna bezludność. Nikogo na szlaku. Pamiętam, że stożek, który był coraz dalej i coraz, pokryty był białym puchem. Cieniutką warstwą. Grunt nadal był ciepły. A jednak! Ten wulkan wciąż żyje. Przez chwilę przemknęła myśl o tym, że przecież jednak znajduję się na wulkanie. Ale wizja jego ewentualnego wybuchu zdawała się być tak odległa, tak nieprzystająca do rzeczywistości, że wręcz nierealna. Taki relikt przeszłości. Podobnie jak widoczny znad krateru zastygły czarny jęzor lawy. Niczym pomnik. Pamiątka w muzeum. Nieme świadectwo, że kiedyś, coś, może… Faktycznie. Wybuchło. Ale to już dawno. W takim poczuciu traktowałem Puyehue do dziś. Do czerwca 2011 r. Ale jednak stało się.
Kopalnia żelaza sprzed 12 000 lat!
Niebo nocą nad Chile
Obserwowanie rozgwieżdżonego nieba jest niezwykle przyjemne. To truizm. Jeszcze większym truizmem jest stwierdzenie, że niezwykle przyjemnie jest oglądać nocne niebo, gdy towarzyszy temu piękna pogoda, dobra widoczność, suche powietrze i dodatkowo znajdujemy się na punkcie zlokalizowanym gdzieś wysoko. Umożliwiającym szeroki pogląd na otoczenie ponad nami.
Niewiele jest na świecie miejsc spełniających te wszystkie warunki. Zwłaszcza przez większość dni w roku. Ale są…
Rajd Dakar w Brazylii, Paragwaju i Peru?
Tegoroczna edycja Rajdu Dakar – odbywającego się od trzech lat w Argentynie i Chile – cieszyła się niezwykle małym zainteresowaniem pośród kibiców. Na odcinkach nie pojawiało się wielu fanów ścigania. Latynoskie gazety nie poświęcały wydarzeniu zbyt wiele miejsca. A jeśli już, to praktycznie nigdy na pierwszych stronach. Krótkie wzmianki o kolejnych odcinkach pojawiały się raczej jako kolejne z wydarzeń sportowych. Rzecz jasna, za piłką nożną i polo. W Argentynie sporty samochodowe nie mają najmniejszych szans w zestawieniu z obiema wspomnianymi konkurencjami. Kierowcy ciężarówek ścigający się pośród pustynnych pejzażów, motocykliści walczący z wietrznymi zawieruchami – dla Latynosa to nic ciekawego. I – tutaj nie mogę się wprost powstrzymać, muszę to dodać od siebie – trudno się im dziwić… ![]()
Smutny rok 2010 Ameryki Południowej
Dziś 30 grudnia. Większość mediów podsumowuje w ten czas mijający właśnie rok. Pomyślałem, że i ja zrobię podobnie. Nie będzie szczegółowo. Chciałbym tylko zasygnalizować o kilku wydarzeniach, które bez wątpienia miał kluczowy wpływ na to, jak Latynosi będą wspominać ten 2010 rok, który już prawie za nami.
Te 365 dni nie zapisało się zbyt kolorowo na południowoamerykańskim kontynencie. Prawdę powiedziawszy mało który rok obfitował w przeszłości w tyle katastroficznych wydarzeń. Mało kiedy temat Ameryki Południowej gościł na pierwszych stronach światowych gazet tak często jak w tym roku. I, co warto zaznaczyć, miało to miejsce zazwyczaj przy okazji powiadamiania globalnej społeczności o kolejnym tragicznym wydarzeniu na dalekim lądzie.
Odwołają Rajd Dakar?
Święta za pasem, więc dziś króciutko, co by nie zagadywać. ![]()
Jak spieszą latynoskie media, noworoczna edycja Rajdu Dakar, którą ponownie zaplanowano na terenach Argentyny i Chile, może się nie odbyć. Póki co wszystkie ekipy zgodnie przygotowują się do najważniejszego startu w sezonie, lecz w kuluarach nadal trwają ostateczne rozmowy. W czym rzecz? Wszystkie wątpliwości dotyczą tragicznej sprawy z zeszłego roku, kiedy to w wypadku z udziałem ciężarówki należącej do organizatora rajdu zginęło dwoje obywateli Chile, a dwóch kolejnych zostało ciężko rannych.
Kolejne wypadki na drogach Boliwii i Chile
Jak donoszą boliwijskie media, pod La Paz miał miejsce wczoraj tragiczny w skutkach wypadek samochodowy. Co szczególnie interesujące dla nas, Polaków, w wypadku obrażenia odniosło czworo polskich turystów. Dwie kobiety są poważnie ranne. Ko
nsul ambasady RP w Limie poinformował, że „w najbliższych godzinach zostaną one przetransportowane awionetką do kliniki w Santa Cruz”.
Zdarzenie miało miejsce w niewielkiej miejscowości San Cristobal, na wschód od stolicy kraju. W wypadku brały udział turystyczne jeepy. Uczestnicy nadal przebywają w San Cristobal. Dojazd do miejscowości jest utrudniony.
Zaledwie dwa dni wcześniej znacznie tragiczniejszy w skutkach wypadek miał miejsce w Chile. Wszystko działo się nad ranem – ok. godziny 7.45 (11.45 czasu polskiego). 70 km na zachód od chilijskiego Santiago autokar firmy Turbus wjechał na sąsiedni pas i zderzył się z jadącą w przeciwnym kierunku ciężarówką. Na miejscu zginęło co najmniej 18 osób, a 23 zostało rannych. Stan dziewięciu rannych jest krytyczny. Lekarze twierdzą, że bilans ofiar może wzrosnąć.
Wieża z Lego w Chile
Chile ma wiele do zaoferowania dla przybywających doń turystów. Żeby wspomnieć południowo-zachodnie Altiplano z fantastycznymi stożkami wulkanów Środkowej Kordyliery i słonawymi lagunami, kolorowe Vallparaiso, cudowny patagoński park Torres del Paine, fiordy Ziemi Ognistej… Oj, długo by wymieniać. Ale od tygodnia wachlarz chilijskiej oferty poszerzył się o dodatkową atrakcję. Zwłaszcza celującą w tych najmłodszych.
Któż z nas w dzieciństwie nie zachwycał się klockami Lego? Mało tego. Znam takich, co i po czterdziestce nadal są fascynatami wysp piratów, czy lotów kosmicznych w wydaniu mini. Naprzeciw marzeniom właśnie tego typu ludzi wyszły z inicjatywą władze Santiago i zarządziły zbudowanie… najwyższej wieży z klocków Lego. Jak wysokiej? A co! Niech będzie 30 metrów! Taki dziesięciopiętrowy blok. Wszystko z miniaturowych kolorowych kloceczków.
Chilijscy górnicy uwolnieni – cud się jednak zdarzył
622 metry pod ziemią. Od 5 sierpnia do 13 października. Według wstępnych szacunków 5% szans na przeżycie. 50 metrów kwadratowych powierzchni. Dwie drewniane ławy. Wilgoć i permanentna ciemność. I 33 chłopa w wieku od 19 do 63 lat. Można to wytrzymać?
Okazuje się, że tak! Od dziś rano polskiego czasu całe Chile przeżywa fetę. „Zdarzył się cud!” – grzmią lokalni publicyści. „Chile zdało egzamin” – chwali z kolei swoją ojczyznę jej prezydent, Sebastian Pinera. I faktycznie, ciężko ukryć emocje. Oto po 69 dniach spędzonych w gorącym, wilgotnym środowisku kopalni miedzi złota w klaustrofobicznych warunkach – wyobraźmy sobie 2 i pół miesiąca non-stop na przestrzeni 0,66 metra kwadratowego (tyle bowiem z początku przypadałośrednio na jednego uwięzionego; nie uwzględniając rozkopywanych z czasem okolicznych korytarzy) – na powierzchnię ziemi wydostano wszystkich 33 górników. Dla lepszego uświadomienia sobie skali trudności, z jaką przyszło zmierzyć się poszkodowanym, wyobraźmy sobie klitkę 80 na 80 cm bez żadnej toalety, kuchni, aneksu. Słowem niczego. Ponad 2 miesiące. W tym samym, niekoniecznie ulubionym towarzystwie. Wytrzymali.
W Chile znów trzęsie
5,3 w skali Richtera. Taką siłę miało trzęsienie ziemi, które 16.09. (tj. w czwartek) nawiedziło środkowe i południowe Chile. Agencje donoszą, że tym razem prawdopodobnie obyło się bez ofiar. Nadal jednak prowadzone są poszukiwania i szacowanie strat.
Według komunikatu Krajowego Biura ds. Sytuacji Nadzwyczajnych, wstrząsy nastąpiły o godzinie 12.37 lokalnego czasu. Wszystko trwało 25 sekund. W niektórych miastach, jak Rancagua i Talca, mieszkańcy, pamiętając niedawny kataklizm, który wyrządził wielkie szkody, uciekli z domów i chronili się na otwartej przestrzeni w obawie przed następnymi wstrząsami. Nieco mniejszą siłę odczuwali mieszkańcy stolicy, Santiago. Tam wstrząsy miały siłę 3 stopni.
Górniczy cud po chilijsku
Dramat chilijskich górników, którzy zostali uwięzieni w kopalni miedzi i złota nadal trwa. To już osiemnasty dzień, odkąd trzydziestu trzech górników zasypanych pod pustynią Atacama w Chile czeka na pomoc.
Dopiero wczoraj udało się udrożnić odpowiedni kanał przesyłowy pod ziemię, za pomocą którego uwięzionym dostarczono pierwszą partię pokarmu, wody i tlenu. Za pośrednictwem nowego systemu komunikacyjnego udało się także skontaktować ze wszystkimi zasypanymi. Według specjalistów nieszczęśników uwięzionych na głębokości 688 metrów czeka teraz gehenna. Jak inaczej nazwać bowiem przewidziany okres czterech miesięcy, którzy mają oni spędzić pod ziemią. Tyle ma zająć kopanie specjalnego tunelu.
Chile jest większe
Trzęsienie ziemi, jakie nawiedziło ostatnimi czasy środkowe Chile przyniosło olbrzymie straty. Jak oszacowali właśnie pracownicy stowarzyszenia brytyjskich ubezpieczycieli, wszystkie wnioski o odszkodowanie w Chile wyniosą 1,4 mld dolarów. Jak się jednak okazuje, kataklizm przyniósł także jakiś tam pozytyw. Przynajmniej statystyczny.
Okazuje się bowiem, że jedną z jego konsekwencji było… powiększenie się terytorium tego kraju. I to w takim stopniu, że zaistniała konieczność opracowania od nowa map katastralnych niektórych obszarów. Pisałem już swego czasu o przesunięciach poszczególnych miast Ameryki Południowej. Ostatnie wyniki chilijskich geologów, geodetów i kartografów wskazują, że całe Chile powiększyło się o blisko 1,5 km kw. To całkiem sporo…
Z Puerto Natales do El Calafate
Niespełna trzy godzinki jazdy i znów cywilizacja. Znów zimne piwo. Znów sklep z przyzwoitą (sic!) ceną pieczywa – o ile 7 PLN za bochenek można uznać za cenę przyzwoitą. Eh, zachciało się Patagonii, to teraz trzeba płacić.
Pod względem cenowym Patagonia kształtuje się na poziomie francuskim. I nie ma tutaj absolutnie żadnej przesady. By tutaj przetrwać i nie stracić mojego całego zapasu gotówki przeznaczonego na wyjazd, naprawdę zaciskam pas. Makaron, bułka, makaron, bułka, makaron… No, dobra. Raz na trzy-cztery dni małe piwko. ![]()
Wyjazd z Torres del Paine
Wyjazd z parku Torres del Paine nie nastręcza większych trudności. W przypadku zakończenia trekkingu w bazie Refugio Pehoe udajemy się na jeden z trzech promów. Tym popłyniemy pod przystanek autobusowy Lago Pehoe, z którego zabierze nas autobus do Puerto Natales. W naszej sytuacji sprawa ma się nieco inaczej. Z campingu Las Torres raczej nic nie pływa. Tutaj, by dostać się na jeden z punktów trasy autobusu do Puerto Natales, konieczne jest skorzystanie z usług lokalnych przewoźników busikowych.
Tablica z rozkładem jazdy znajduje się na zachodnim krańcu zabudowań. Najprościej będzie zapytać się przesympatycznych członków załogi obsługującej pobliski hotel (z jedynym dostępnym sklepikiem). Busiki są ściśle skorelowane z rozkładem jazdy autobusów do Puerto Natales. Jedne czekają na drugie. Jeśli zatem uda się nam załapać na którykolwiek z busików, możemy mieć już pewność – dziś znajdziemy się w Puerto Natales.













