kadr - Priyanka Chopra i Shahrukh Khan  

Bollywood – cz.II

W Indiach kino jest czymś znacznie więcej niż w Europie czy USA, urasta wręcz do rangi narodowej rozrywki, przewyższa nawet krykiet – ulubiony hinduski sport. O popularności bollywoodu w jego rodzimym kraju świadczy m.in. największa na świecie ilość sal kinowych (sięgająca około 30 tysięcy), które zapełniają się codziennie! Szacuje się, że każdego dnia, przed wielkim ekranem zasiada kilka milionów ludzi, czekających z niecierpliwością na swój upragniony film. Zazwyczaj widzowie znają już treść jego piosenek, gdyż są one puszczane „na okrągło” jeszcze w trakcie produkcji i nierzadko decydują o sukcesie filmu.

Trzeba wiedzieć, że owe wstawki muzyczne są niesamowicie ważną częścią bollwoodzkich filmów, pomagają one zobrazować uczucia i emocje bohaterów, w niezwykle barwny i zmysłowy sposób. W ich trakcie przenoszą się oni w zupełnie inny, egzotyczny świat, całkowicie oderwany od reszty filmu. Przykładowo, nagle aktorzy znajdują się nad morzem, w górach czy na pustyni, ubrani w zupełnie inne, zazwyczaj bardzo seksowne stroje. Przez całą piosenkę tańczą i śpiewają do siebie, opowiadając o swych pragnieniach, troskach i uczuciach. Aby było bardziej widowiskowo, w tle pojawiają się dziesiątki, a nawet setki statystów (coraz częściej białych) tańczących przeróżne układy synchroniczne, łączące w sobie tradycyjne elementy kultury indyjskiej z nowoczesnym, zachodnim tańcem. Często hity te pokazywane są w indyjskim MTV, a nawet konkurują o najwyższe miejsca na listach przebojów.

W większości kin przed rozpoczęciem seansu puszczany jest hymn narodowy, po którym dopiero zaczyna się film. Świadczy to o ogromnym patriotyzmie oraz dumie hindusów ze swojego kraju, co pokazywane jest w każdej bollywoodzkiej produkcji. Ważne jest dla nich, by rodzime kino w kwestii religii, tradycji i kultury pozostało czysto indyjskie i nie podlegało żadnym zachodnim wpływom.

Bollywoodzkie filmy określa się często mianem „masala movie”, gdyż naraz pomieszane są w nich różne konwencje, style i gatunki filmowe. Komediowa scena potrafi nagle przeobrazić się w dramat czy horror, a następnie w kolorowy musical. Jedno jest pewne – emocji nie brakuje! Czasem tylko można mieć wrażenie, że reżyser, tworząc swe dzieło, w pewnym momencie sam się nieco pogubił i nie do końca wiedział jak doprowadzić wszystkie wątki do końca. Efektem tego jest całkowicie oderwane od reszty, niezbyt logiczne rozwiązanie, uwieńczone jednak barwnym i błyskotliwym hitem. Widz śpiewa, klaszcze w dłonie i po chwili nie pamięta, że coś było nie tak. Najważniejsza jest rozrywka!

Bollywoodzki film ma być bajką, pokazywać inny, wspaniały świat, pełen przepychu oraz pięknych i bogatych ludzi, świat zupełnie odrealniony od prawdziwej indyjskiej rzeczywistości… Ma on bawić, wzruszać, uczyć i przede wszystkim dawać ludziom nadzieję na lepsze jutro…


Salman Khan w filmie "Veer"  

Bollywood – cz.I

Indyjska kinematografia, bardziej znana jako Bollywood, to swego rodzaju fenomen, zarówno pod względem ilości produkowanych filmów jak i swej rosnącej popularności. Najwięcej filmów kręci się w Mumbai, dawnym Bombaju, dlatego jego nazwa powstała z połączenia dwóch wyrazów: „Bombaj” i  „Hollywood”, kojarzącym się przede wszystkim z produkcją filmową. Po raz pierwszy określenia tego użył jeden z indyjskich krytyków twierdząc, że rodzime kino jest porównywalne z amerykańskim. Miano to szybko się przyjęło, najpierw w Indiach, a potem na całym świecie. Nazwa ta odnosi się nie tylko do filmów powstałych w Mumbai, ale także w Madrasie i Kalkucie, które również szczycą się ogromną produkcją filmową.

We wszystkich bollywoodzkich filmach przeplata się wątek miłości, zazwyczaj nieszczęśliwej, która często, choć nie zawsze, ma dobre zakończenie. Najczęściej fabuła opiera się na historii dwóch zakochanych w sobie bohaterów, pochodzących z różnych klas społecznych, co stoi na drodze do ich szczęścia. Muszą oni pokonać niezliczone ilości przeszkód, by ostatecznie móc cieszyć się łączącym ich uczuciem. Element miłosny występuje we wszystkich rodzajach bollywoodzkich produkcji: komediach, dramatach, a nawet filmach sensacyjnych. Całkiem niedawno, najprawdopodobniej z uwagi na rosnące potrzeby indyjskiej widowni, pojawiły się także wątki szpiegowskie, sensacyjne i polityczne, a także dodawane są takie elementy jak zdrada, adopcja, choroba, sieroctwo, itd. Wprawdzie fabuła bollywoodzkich filmów jest dosyć monotonna, a koniec łatwy do przewidzenia, jednak nie to jest w nich najważniejsze. Hindusi nie potrzebują ambitnego kina, ale raczej kilkugodzinnej rozrywki, dlatego największe znaczenie mają w Bollywoodzie są stroje, dekoracje, muzyka i oczywiście piękni aktorzy i aktorki. Podyktowane jest to tym, że większość mieszkańców subkontynentu na co dzień zmaga się z życiem, ledwo wiąże koniec z końcem, a indyjskie produkcje to nierzadko dla nich jedyna atrakcja, podczas której mogą choć na chwilę zapomnieć o własnych problemach i przenieść się w kolorowy świat pięknych bohaterów. Ponieważ zaś wszystkie filmy przepełnione są muzyką, oglądaniu ich towarzyszą zazwyczaj  tańce i  śpiewy, nawet na sali kinowej czy w lokalnych dalekobieżnych autobusach.

Bollywodzkie gwiazdy to w Indiach osobna klasa ludzi, znanych i kochanych przez wszystkich  mieszkańców subkontynentu. Jednym z najlepszych przykładów jest Shahrukh Khan – czarujący 40-latek o uroku niemowlaka i zniewalającym uśmiechu, uważanym za reinkarnację Ganeszy (hinduskiego boga z głową słonia). Jest on najczęściej pokazywaną osobą w telewizji, gra w każdym prawie że filmie, teleturnieju, programie, a do tego reklamuje niemalże wszystko – od Pepsi Coli począwszy na samochodach skończywszy. Ostatnio niesamowitą popularnością cieszy się również Salman Khan, ogłaszany przez wielu bollywoodzkich miłośników drugim najpiękniejszym człowiekiem na świecie. Kto jest tym pierwszym? Tego nie wie nikt… :)


święta krowa  

Tylko w Indiach!

Kiwanie. Charakterystyczne dla hindusów kiwanie głową na boki, spotykane w Indiach na każdym kroku, wygląda jakby mięli oni o jedną kość w szyi więcej. :) Jest to coś pomiędzy przytakującym kiwnięciem a zaprzeczającym potrząśnięciem głowy. Spotykane po raz pierwszy powoduje niemałą konsternację – nie wiadomo oznacza ono „tak” czy „nie”. Gest ten używany jest w Indiach na znak zgody, przytaknięcia lub okazania zrozumienia. Pamiętam jak mój przyjaciel, podczas swego pierwszego pobytu na subkontynencie, chciał dostać się na Goa. Nie chcąc przegapić swego przystanku, pytał otaczających go hindusów czy już jest na miejscu, ci zaś, zamiast jednoznacznie odpowiedzieć, kiwali tylko głowami, w znamienny dla siebie sposób. Chłopak nie miał pojęcia o co im chodzi, ale jak się później okazało odczytał ten ruch prawidłowo i wysiadł we właściwym miejscu. Dodać można, że gest ten staje się być dosyć „zaraźliwy” i po czasie, prawie każdy podróżujący po subkontynencie łapie się na całkowicie nieświadomym kiwaniu głową na boki. :)

Święte krowy. W Indiach zupełnie normalnym widokiem są spacerujące po ulicach, a nawet plażach, krowy. Wyglądają one zupełnie inaczej niż w Polsce – są dosyć chude i kanciaste. Nie należy się ich jednak obawiać (gdyż są całkowicie nieszkodliwe), a raczej uważać na pozostawiane przez nie „placki”. Zwierzęta te potrafią czasem być dosyć uparte i przykładowo nie schodzić z drogi, torując przejazd nawet na kilka godzin. Ponieważ zaś są uważane za święte, kierowcy nie mogą ich stamtąd zabrać siłą więc cierpliwie czekają w samochodach, aż same odejdą…

Ciekawostką jest, że wspomniane wcześniej krowie „placki” wykorzystywane są w wielu domach, zwłaszcza tych najbiedniejszych, do rozpalania ognia. Najpierw suszy się je, zazwyczaj na ścianach domów, chatek czy murów, a potem używa jako podpałki.

Można dodać, że nie tylko krowy chodzą po indyjskich ulicach, ale także osły, woły, a w Radżastanie – wielbłądy.

Trzymanie się za ręce - szczególnie w odniesieniu do męskiej części społeczeństwa, jest dla większości przyjezdnych dosyć szokujące. Widok trzymających się za ręce mężczyzn czy objętych chłopców jest tutaj czymś zupełnie normalnym i wynika przede wszystkim z mocno ograniczonych stosunków damsko-męskich, które w wielu miejscach Indii są do dzisiaj tematem tabu. Nie rzadko zdarza się zobaczyć patrolujących ulice policjantów, ściskających się za ręce, co wywołuje wielki uśmiech na twarzach podróżujących po Indiach obcokrajowców.

„W Indiach wszystko jest możliwe” – jak mawiają lokalni, po chwili dodając: „wymaga jedynie trochę czasu i pieniędzy na boku” :) Wiele razy zdarzyło mi się tego na własnej skórze doświadczyć. Hindusi widząc zatroskanego turystę kombinują jak potrafią, by mu pomóc – dzwonią do rodziny i znajomych szukając kogoś, kto zna kogoś, kto może pomóc. I to w Indiach kocham najbardziej!


hindus smażący chapati  

Jedzenie w Indiach

Jednym z powodów, dla którego warto jest odwiedzić subkontynent jest indyjska kuchnia, zazwyczaj pikantna, ale bardzo smaczna i różnorodna. Szczególnie polecam lokalne knajpki lub uliczne stragany, gdzie można z ciekawością przyglądnąć się pracy kucharza, a do tego jedzenie jest świeże, dobre i bardzo tanie. :) Osobiście odradzam jedzenie mięsa w Indiach, chyba że ma się pewność, że zostało zakupione wcześnie rano i nie leżało godzinami na słońcu w otoczeniu much i innych owadów. W przeciwnym razie jest to dosyć ryzykowne i można się porządnie rozchorować. Poza tym indyjska kuchnia to prawdziwy raj dla wegetarian, o takiej ilości i rozmaitości dań, że nawet nie odczuwa się potrzeby jedzenia mięsa.

Jednym z moich ulubionych dań jest paneer butter masala, czyli kawałki białego sera pływające w gęstym pomidorowym sosie z masłem i śmietaną albo vegetable kofta – warzywne kulki, ugotowane w gęstym sosie, najczęściej podawane z ryżem albo chapati (plackami ulepionymi z wody i mąki). Godne polecenia jest również Thali – dosłownie „talerz” pełen ryżu, chapati oraz malutkich miseczek, w których zazwyczaj znajduje się sabdżi (gotowane warzywa), dal (soczewica) i curd (jogurt). Danie to jest jednym z najpopularniejszych i najtańszych w Indiach, serwowanym dosłownie wszędzie, najtaniej zaś w lokalnych dabach – knajpkach bez menu, gdzie je się tylko to, co akurat jest w garnkach. :) Inne kulinarne ciekawostki to różnego rodzaju niewielkie przekąski, snacki, tj. pakora – kawałki warzyw otoczonych besanowym ciastem, smażone na głębokim oleju, samosa – smażone, trójkątne pierożki, nadziewane mięsem lub pikantnie przyprawionymi warzywami i paratha, czyli wielowarstwowy naleśnik smażony w klarowanym maśle albo oleju, najczęściej nadziewany ziemniakami lub warzywami. Będąc w Indiach nie można nie spróbować tutejszych słodkości, najczęściej robionych z gotowanego mleka i przyrządzanych na klarowanym maśle. Są one bardzo słodkie i bardzo dobre, lecz niesamowicie kaloryczne!

Inną warta poruszenia kwestią jest podejście lokalnych do ich wyrobów kulinarnych i ewentualnego ingerowania ze strony turystów w sposób ich przyrządzania. Z własnego doświadczenia wiem, że wprowadzanie jakichkolwiek zmian w indyjskim menu, często kończy się niemałym zamieszaniem i ogromnym niezadowoleniem ze strony miejscowych kucharzy. Pamiętam jak kiedyś zamawiając dwie parathy poprosiłam grzecznie kucharza, który na moich oczach je przygotowywał, by jednej z nich nie obtaczał w jajku. Nie wiedziałam wówczas, że ta niewielka (w moim odczuciu zmiana) wywoła następujący efekt – momentalnie nastała cisza i wszystkie oczy z wrogim prawie że spojrzeniem zwróciły się w moją stronę, kucharz rzucił patelnią i coś tam wykrzykiwał do kasjera, który powiedział, że w takiej sytuacji zapłacę więcej (mimo, że de facto zaoszczędził na jednym jajku!)… Od tej pory biorę to co jest, nie  wybrzydzam, nie ulepszam…:)

Bywa też, że rzeczy dla nas proste i oczywiste, nie są takie w Indiach. Świetnym na to przykładem jest anegdota z kawą „po biharsku” – trójka zaprzyjaźnionych podróżników, zmęczona po całonocnej podróży lokalnym transportem, zapragnęła zacząć dzień od mocnej, dobrej kawy. Tak się złożyło, że akurat mięli ze sobą wysokiej jakości kawę z Ameryki Południowej. Udali się więc do pierwszej otwartej restauracji i uprzejmie poprosili jednego z kelnerów, by zalał zmielone ziarna wrzątkiem do trzech czwartych szklanki, a następnie, po zaparzeniu dodał odrobinę mleka. Wydawać by się mogło, że nie ma nic prostszego… A jednak! Po półgodzinnym czekaniu zjawiło się sześciu hindusów z trzema szklankami letniego, koziego mleka, w których pływały drobinki kawy. Po wyrazie ich twarzy można było się domyślić, że zaparzenie kawy stanowiło dla nich nie lada wyzwanie i prawdopodobnie cała szóstka główkowała, jak tego dokonać. Natomiast zrozpaczeni turyści musieli zadowolić się lokalnym czajem.


zaklinacz węży  

Indie-szok kulturowy. Część III

Wiele rzeczy w Indiach dziwi, zaskakuje i przyciąga uwagę – kolorowe stroje, w jakie odziani są mieszkańcy Indii, kobiety noszące wielkie toboły, z gracją balansujące na ich głowach, uliczny gwar, będący mieszanką klaksonów, krzyczących sprzedawców, rikszy, rowerowych dzwonków i krów oraz unoszący się w powietrzu zapach przypraw, kadzidełek i przygotowywanych na ulicy egzotycznych dań.

Czasem samo przemieszczanie się bywa nie lada zadaniem i niejednokrotnie przypomina pokonywanie toru przeszkód w postaci nadjeżdżających zewsząd rikszy, samochodów i motorów oraz wszechobecnych krowich „placków”. Do tego wszystkiego dochodzą przeciskające się tłumy hindusów, zaczepnych sklepikarzy, natrętnych żebraków, a nawet zaklinaczy węży. W Indiach najzwyklejszy spacer potrafi przerodzić się w niezapomnianą przygodę. :)

Większość indyjskich ulic przypomina wielobarwne targi, na których można kupić dosłownie wszystko – od niewielkich błyskotek i ciuchów po zakazane używki i viagrę. Sprzedawcy już z daleka zaczepiają nadchodzących przechodniów, zachwalając swe towary i ich niewiarygodnie niską cenę, która po wejściu do sklepu natychmiast wzrasta.

Targowanie się, zupełnie obce w Europie, tu występuje na porządku dziennym i jest swego rodzaju atrakcją, nierzadko przypominającą prawdziwy cyrk – sprzedający używa wszelkich swych zdolności, by nakłonić turystę do nabycia jego towarów, często i gęsto przy tym gestykulując. Ten drugi, by uzyskać w miarę zadowalającą cenę musi udawać brak zainteresowania i zasobności portfela. Zazwyczaj „negocjacje” trwają od kilku do kilkudziesięciu minut, bywa że zostają zrywane, a następnie odnawiane – niezadowolony klient opuszcza sklep, a sprzedawca, gdy tylko ten zaczyna się oddalać, woła za nim, stopniowo schodząc z ceny, czasem nawet o połowę wcześniejszej kwoty!

Zakupy w Indiach to atrakcja sama w sobie, często towarzyszą jej zabawne sytuacje i slogany. Przykładowo, turysta jest zainteresowany kupnem koszulki, ale w innym rozmiarze. Po chwili sprzedawca przynosi mu zupełnie inną, choć podobną i zanim klient zdąży wyrazić swe zdziwienie, ten z przekonaniem w głosie woła: „Same same but different” („Takie samo, tylko że inne”), po czym obie strony wybuchają śmiechem. Ci, którzy mają pewne opory związane z targowaniem się, muszą wiedzieć, że tak robić trzeba, w przeciwnym razie sklepikarze są wysoce niezadowoleni i plują sobie w brodę, że nie podali wyższej ceny :)


mieszkańcy Indii  

Indie-szok kulturowy. Część II

Aby właściwie poznać Indie i dobrze się w nich czuć, należy zacząć od zrozumienia mentalności jego mieszkańców, znacznie różniącej się od naszej. Indyjskie społeczeństwo cechuje duża zażyłość i bliskość. Coś takiego jak prywatność czy przestrzeń osobista to dla większości z nich zupełna abstrakcja.

Hindusów cechuje olbrzymia ciekawość świata, a zwłaszcza jego cudzoziemskich mieszkańców. Mimo że subkontynent odwiedzany jest corocznie przez miliony turystów z całego świata, widok „białasa” jest dla nich ciągle wielką atrakcją. Zachowaniem nader częstym i zupełnie normalnym jest np. zatrzymanie się i bezpardonowe przyglądanie się napotkanemu turyście, który z trudem potrafi ukryć swe skrępowanie i zażenowanie.  Wystarczy jednak uśmiechnąć się i skinąć głową, a na twarzy obserwatora pojawia się szeroki uśmiech, po którym najczęściej dochodzi do krótszej bądź dłuższej wymiany zdań. I tu pojawia się kolejna kwestia – zadawanie wysoce nietaktownych, w odczuciu Europejczyków, pytań o religię, wiek, wysokość zarobków, stan cywilny, ilość dzieci albo powód ich braku. Tutaj jest to zupełnie normalne i wynika jedynie ze wspomnianej ciekawości świata, nie należy się więc oburzać ani obrażać. Najlepiej jest odbić piłeczkę i pytać ich o to samo, co zostanie przyjęte z radością i potraktowane jako wyraz wzajemnego zainteresowania. :)

W dobie nowoczesnych telefonów komórkowych z wbudowanym aparatem fotograficznym, coraz częściej spotkaniom z miejscową ludnością towarzyszy robienie zdjęć i o dziwo, nie ze strony turystów, lecz lokalnych. Zazwyczaj na jednym zdjęciu się nie kończy się i speszony turysta czuje się conajmniej jak gwiazda filmowa wypatrzona przez natrętnych paprazzich :)

Kolejnym szokiem, jakiego z pewnością doświadczymy będąc w Indiach jest ogromny, trudny do zaakceptowania, kontrast pomiędzy bogatymi i biednymi. Wszechobecne ubóstwo i żebracy to jeden z najsmutniejszych, a zarazem najczęstszych obrazów subkontynentu. Serce się kraje na widok kalek czy kilkuletnich żebrzących dzieci proszących o kilka rupii. Najgorsze jest to, że zazwyczaj „pracują” one na rzecz lokalnej mafii i ofiarując im pieniądze tylko wspieramy ten niechlubny biznes. Bywa też, że dzieci dobrowolnie stoją na ulicy i „zarabiają” na własne przyjemności, zamiast uczyć się w szkole. Są one bardzo sprytne i przekonywujące.  Prawie każde bardziej turystyczne miejsce w Indiach ma swój „przekręt”. Przykładowo w Puszkarze żebracy proszą o kupno chapati, które okazuje się kosztować sto pięćdziesiąt rupii zamiast pięćdziesięciu. Następnie wskazują konkretny sklep, gdzie chcą je kupić, po czym (gdy tylko dobroczyńca zniknie im z oczu) wracają, oddają towar i otrzymują w zamian połowę pieniędzy. Takim sposobem zarabia również, współpracujący z żebrakami, sprzedawca. W związku z powyższym, należy być czujnym, zaś osoby chcące udzielić pomocy, powinny wcześniej skontaktować się z lokalną organizacją charytatywną, która najlepiej będzie wiedziała kto najbardziej jej potrzebuje.


transport w Indiach  

Indie – szok kulturowy. Część I

Podróżników z całego świata przyciąga do Indii pragnienie zobaczenia tego wspaniałego kraju, słynącego z bogactwa kolorów, smaków i zapachów, po którymś niegdyś podróżowali Marco Polo czy Vasco da Gama. Przygotowujemy się do podróży, czytamy przewodniki, by jak najwięcej dowiedzieć się o subkontynencie, nie zdajemy sobie jednak do końca sprawy z tego, jak bardzo nasza kultura, przyzwyczajenia i mentalność różnią się od indyjskiej.

Pierwszy szok następuje już po wyjściu z samolotu, gdy wita nas gorąca fala wilgotnego powietrza o specyficznym słodkawo-korzennym zapachu, a chwilę później zostajemy otoczeni przez chmarę taksówkarzy, tragarzy i hotelowych naganiaczy. Wszyscy przekrzykują się nawzajem, namawiają na swoje usługi, często łapiąc za ubranie, by w ten sposób przyciągnąć naszą uwagę. Najlepiej szybko zapytać o cenę, po czym dać swoją, dużo niższą, co skutkuje natychmiastowym rozrzedzeniem się tłumu. Po długich pertraktacjach dogadujemy się co do ceny transportu i szczęśliwi wsiadamy do lokalnej taksówki czy rikszy, absolutnie nie podejrzewając tego, co nas za chwilę czeka.

Otóż poruszanie się po indyjskich drogach stanowi niemałą przygodę, wyzwalającą z nas całkiem spore ilości adrenaliny, zwłaszcza podczas pierwszej przejażdżki! Na tutejszych szosach jeździ wszystko co ma koła – od drobnych ryksiarzy i rowerzystów po masywne, rozklekotujące się autobusy i ciężarówki! Można dodać, że większość pojazdów ma po kilkadziesiąt lat, drogi niezliczoną ilość dziur, a o zasadach ruchu drogowego nikt tu chyba nigdy nie słyszał. Wydawać by się mogło, że za chwilę dojdzie do nieuchronnego wypadku, ale (ku naszemu zdumieniu i nieopisanej radości) tak się nie dzieje. Okazuje się, że w tym całym chaosie, kierowcy mają swoją własną „hierarchię”, polegająca na tym, że im większy wehikuł, tym więcej może, mniejsze zaś pokornie ustępują drogi szybszym i potężniejszym. Charakterystyczny dla indyjskiego ruchu drogowego jest również klakson – wszyscy kierowcy, bez żadnego wyjątku, niemiłosiernie trąbią, zaznaczając w ten sposób swoją obecność na jezdni. U nas zdarza się to raczej rzadko – w wyjątkowych i zazwyczaj uzasadnionych sytuacjach, tu to najnormalniejsza rzecz na świecie, inaczej się przecież nie da jechać. :)

Kolejną szokującą nas rzeczą jest wszechobecny tłum. Wprawdzie wiemy, że Indie to drugi na świecie kraj pod względem liczby ludności, jednak dociera to do nas dopiero wtedy, gdy doświadczamy tego na własnej skórze. Najczęściej pierwszym zetknięciem z indyjską społecznością jest wyżej wymienione lotnisko bądź dworzec, na którym prawie zawsze można zobaczyć dziesiątki hindusów tłoczących się przy kasach biletowych. I tu dostrzegamy kolejną różnicę – przepychanie się jeden przez drugiego, co u nas uznawane jest za kompletny brak kultury, tutaj jest czymś całkowicie naturalnym i aby kupić bilet również należy się pchać. Inaczej skończymy stojąc w tym samym miejscu po kilku godzinach toczenia się, pocenia i innych konsekwencji. Podsumowując – podróżując po Indiach możemy być pewni, że nigdy nie będziemy czuli się samotnie. :)