VLUU L200  / Samsung L200  

Demonstracje po kryzysie w Boliwii

Nie tylko u nas lawinowo rosną ceny na produkty pierwszej potrzeby. Również w Boliwii ceny wywindowały na poziom dla większości mieszkańców niedostępny. Drożeje żywność, usługi transportowe. W sklepach zaczyna brakować podstawowych artykułów. W społeczeństwie zaczął się bunt. Nawoływania do wyjścia na ulice. Udziału w spontanicznie organizowanych manifestacjach.

Dziś jest dziewiąty kolejny dzień protestów Boliwijczyków manifestujących swoje niezadowolenie w całym kraju. W ubiegły piątek 22 kwietnia demonstrujący zablokowali główne drogi w kraju ścierając się policyjnymi oddziałami w wielu miastach Boliwii. Demonstranci oprócz postulatów obniżki cen w sklepach, żądają także 15-procentowej. podwyżki płac. Rząd wyraził zgodę na podwyżki w wysokości 10 proc. Jednak zaznaczono, że obietnica dotyczy wyłącznie następujących grup zawodowych: nauczycieli, żołnierzy i policjantów. Politycy rządu podkreślili, że „na więcej kraju nie stać”.


hindus smażący chapati  

Jedzenie w Indiach

Jednym z powodów, dla którego warto jest odwiedzić subkontynent jest indyjska kuchnia, zazwyczaj pikantna, ale bardzo smaczna i różnorodna. Szczególnie polecam lokalne knajpki lub uliczne stragany, gdzie można z ciekawością przyglądnąć się pracy kucharza, a do tego jedzenie jest świeże, dobre i bardzo tanie. :) Osobiście odradzam jedzenie mięsa w Indiach, chyba że ma się pewność, że zostało zakupione wcześnie rano i nie leżało godzinami na słońcu w otoczeniu much i innych owadów. W przeciwnym razie jest to dosyć ryzykowne i można się porządnie rozchorować. Poza tym indyjska kuchnia to prawdziwy raj dla wegetarian, o takiej ilości i rozmaitości dań, że nawet nie odczuwa się potrzeby jedzenia mięsa.

Jednym z moich ulubionych dań jest paneer butter masala, czyli kawałki białego sera pływające w gęstym pomidorowym sosie z masłem i śmietaną albo vegetable kofta – warzywne kulki, ugotowane w gęstym sosie, najczęściej podawane z ryżem albo chapati (plackami ulepionymi z wody i mąki). Godne polecenia jest również Thali – dosłownie „talerz” pełen ryżu, chapati oraz malutkich miseczek, w których zazwyczaj znajduje się sabdżi (gotowane warzywa), dal (soczewica) i curd (jogurt). Danie to jest jednym z najpopularniejszych i najtańszych w Indiach, serwowanym dosłownie wszędzie, najtaniej zaś w lokalnych dabach – knajpkach bez menu, gdzie je się tylko to, co akurat jest w garnkach. :) Inne kulinarne ciekawostki to różnego rodzaju niewielkie przekąski, snacki, tj. pakora – kawałki warzyw otoczonych besanowym ciastem, smażone na głębokim oleju, samosa – smażone, trójkątne pierożki, nadziewane mięsem lub pikantnie przyprawionymi warzywami i paratha, czyli wielowarstwowy naleśnik smażony w klarowanym maśle albo oleju, najczęściej nadziewany ziemniakami lub warzywami. Będąc w Indiach nie można nie spróbować tutejszych słodkości, najczęściej robionych z gotowanego mleka i przyrządzanych na klarowanym maśle. Są one bardzo słodkie i bardzo dobre, lecz niesamowicie kaloryczne!

Inną warta poruszenia kwestią jest podejście lokalnych do ich wyrobów kulinarnych i ewentualnego ingerowania ze strony turystów w sposób ich przyrządzania. Z własnego doświadczenia wiem, że wprowadzanie jakichkolwiek zmian w indyjskim menu, często kończy się niemałym zamieszaniem i ogromnym niezadowoleniem ze strony miejscowych kucharzy. Pamiętam jak kiedyś zamawiając dwie parathy poprosiłam grzecznie kucharza, który na moich oczach je przygotowywał, by jednej z nich nie obtaczał w jajku. Nie wiedziałam wówczas, że ta niewielka (w moim odczuciu zmiana) wywoła następujący efekt – momentalnie nastała cisza i wszystkie oczy z wrogim prawie że spojrzeniem zwróciły się w moją stronę, kucharz rzucił patelnią i coś tam wykrzykiwał do kasjera, który powiedział, że w takiej sytuacji zapłacę więcej (mimo, że de facto zaoszczędził na jednym jajku!)… Od tej pory biorę to co jest, nie  wybrzydzam, nie ulepszam…:)

Bywa też, że rzeczy dla nas proste i oczywiste, nie są takie w Indiach. Świetnym na to przykładem jest anegdota z kawą „po biharsku” – trójka zaprzyjaźnionych podróżników, zmęczona po całonocnej podróży lokalnym transportem, zapragnęła zacząć dzień od mocnej, dobrej kawy. Tak się złożyło, że akurat mięli ze sobą wysokiej jakości kawę z Ameryki Południowej. Udali się więc do pierwszej otwartej restauracji i uprzejmie poprosili jednego z kelnerów, by zalał zmielone ziarna wrzątkiem do trzech czwartych szklanki, a następnie, po zaparzeniu dodał odrobinę mleka. Wydawać by się mogło, że nie ma nic prostszego… A jednak! Po półgodzinnym czekaniu zjawiło się sześciu hindusów z trzema szklankami letniego, koziego mleka, w których pływały drobinki kawy. Po wyrazie ich twarzy można było się domyślić, że zaparzenie kawy stanowiło dla nich nie lada wyzwanie i prawdopodobnie cała szóstka główkowała, jak tego dokonać. Natomiast zrozpaczeni turyści musieli zadowolić się lokalnym czajem.


 

Przygotowania do beatyfikacji Jana Pawła II

Zgodnie z danymi z Biura Informacji dla Pielgrzymów, około 35.000 Polaków zgłosiło swój udział w uroczystościach beatyfikacyjnych Jana Pawła II. Zarejestrowano ponad 500 grup, które mają przyjechać autokarami.

Na uroczystość przybędzie także co najmniej 50 głów państw z całego świata. Wśród nich, będzie oczywiście  prezydent Bronisław Komorowski. Dzień po mszy beatyfikacyjnej, 2 maja, zostanie przyjęty na prywatnej audiencji przez Benedykta XVI, spotka się również z prezydentem Włoch Giorgio Napolitano oraz przedstawicielami Polonii na całym świecie.

Przewodniczący Parlamentu Europejskiego, Jerzy Buzek, również będzie obecny na uroczystości, wraz z pięcioma zastępcami. „Jest wśród nich dwóch socjalistów. Oni wiedzą, że niezależnie od tego jak głęboko się wierzy, bo to różnie bywa na kontynencie europejskim, to papież dał jakąś zupełnie nową siłę i napęd europejskim działaniom, także wspólnotowym”, dodał. „I to nie jest przesada – jak my mówimy tutaj w Polsce, bo to jest nasz rodak, że papież tak wiele zrobił dla Europy, że połączył Europę – oni też tak mówią. Warto o tym pamiętać (…) I w tym sensie to jest jakieś europejskie święto, uznanie przez całą Europę, jak wielki był to człowiek dla nas wszystkich w Europie”.
Innego zdania jest nasz były prezydent, Lech Wałęsa, który w wywiadzie dla włoskiego dziennika „La Repubblica” zaznaczył, że zasługi Jana Pawła II w przyczynieniu się do upadku komunizmu w Polsce są bardzo duże, ale – jego zdaniem – nie należy z tym przesadzać. „Papież nie pokonał komunizmu, wykonał tylko swą pracę duszpasterską, a my wykorzystaliśmy tę pracę dla naszej walki”. Wałęsa stwierdził także, że gdyby kardynał Karol Wojtyła nie został papieżem, Polacy musieliby walczyć znacznie, znacznie dłużej, lecz pewnego dnia komunizm i tak by upadł, ale mogłoby to się skończyć rozlewem krwi.

Jan Paweł II zmarł 2 kwietnia 2005 roku. Już na uroczystościach pogrzebowych na licznych , transparentach pojawiło się hasło: „Santo subito” („święty natychmiast”), które miało sprowokować szybkie rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego. I udało się – proces rozpoczęto już w czerwcu 2005 r., dzięki decyzji Benedykta XVI, który skorzystał z przysługującego mu prawa i uchylił regułę 5 lat, które muszą upłynąć od śmierci kandydata na ołtarze.

Beatyfikacja jest możliwa dopiero po uznaniu cudu, który miał miejsce za wstawiennictwem zmarłego. Za taki cud w przypadku Jana Pawła II komisje lekarzy i teologów w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych uznały niewytłumaczalny z medycznego punktu widzenia przypadek całkowitego ustąpienia objawów zaawansowanej choroby Parkinsona u francuskiej zakonnicy Marie Simon-Pierre.

Proces beatyfikacyjny Papieża Polaka to najszybszy proces we współczesnej historii kościoła.


Peru - pałac na Plaza w Limie  

Poległ „polski” kandydat na peruwiański fotel prezydencki

Dziś troszeczkę polityki. Ale w sposób nieco inny. Mało o tym w naszych mediach. A informacja całkiem interesująca. Nie wiem, czy macie świadomość, że nad dalekim Peru próbował niedawno przejąć władzę… człowiek o polskich korzeniach. Tak talk! Wśród pięciu kandydatów, którzy w ostatnią niedzielę rywalizowali o fotel prezydenta Peru, znalazł się także 73-letni ekonomista o swojsko brzmiącym nazwisku Kuczynski.


zaklinacz węży  

Indie-szok kulturowy. Część III

Wiele rzeczy w Indiach dziwi, zaskakuje i przyciąga uwagę – kolorowe stroje, w jakie odziani są mieszkańcy Indii, kobiety noszące wielkie toboły, z gracją balansujące na ich głowach, uliczny gwar, będący mieszanką klaksonów, krzyczących sprzedawców, rikszy, rowerowych dzwonków i krów oraz unoszący się w powietrzu zapach przypraw, kadzidełek i przygotowywanych na ulicy egzotycznych dań.

Czasem samo przemieszczanie się bywa nie lada zadaniem i niejednokrotnie przypomina pokonywanie toru przeszkód w postaci nadjeżdżających zewsząd rikszy, samochodów i motorów oraz wszechobecnych krowich „placków”. Do tego wszystkiego dochodzą przeciskające się tłumy hindusów, zaczepnych sklepikarzy, natrętnych żebraków, a nawet zaklinaczy węży. W Indiach najzwyklejszy spacer potrafi przerodzić się w niezapomnianą przygodę. :)

Większość indyjskich ulic przypomina wielobarwne targi, na których można kupić dosłownie wszystko – od niewielkich błyskotek i ciuchów po zakazane używki i viagrę. Sprzedawcy już z daleka zaczepiają nadchodzących przechodniów, zachwalając swe towary i ich niewiarygodnie niską cenę, która po wejściu do sklepu natychmiast wzrasta.

Targowanie się, zupełnie obce w Europie, tu występuje na porządku dziennym i jest swego rodzaju atrakcją, nierzadko przypominającą prawdziwy cyrk – sprzedający używa wszelkich swych zdolności, by nakłonić turystę do nabycia jego towarów, często i gęsto przy tym gestykulując. Ten drugi, by uzyskać w miarę zadowalającą cenę musi udawać brak zainteresowania i zasobności portfela. Zazwyczaj „negocjacje” trwają od kilku do kilkudziesięciu minut, bywa że zostają zrywane, a następnie odnawiane – niezadowolony klient opuszcza sklep, a sprzedawca, gdy tylko ten zaczyna się oddalać, woła za nim, stopniowo schodząc z ceny, czasem nawet o połowę wcześniejszej kwoty!

Zakupy w Indiach to atrakcja sama w sobie, często towarzyszą jej zabawne sytuacje i slogany. Przykładowo, turysta jest zainteresowany kupnem koszulki, ale w innym rozmiarze. Po chwili sprzedawca przynosi mu zupełnie inną, choć podobną i zanim klient zdąży wyrazić swe zdziwienie, ten z przekonaniem w głosie woła: „Same same but different” („Takie samo, tylko że inne”), po czym obie strony wybuchają śmiechem. Ci, którzy mają pewne opory związane z targowaniem się, muszą wiedzieć, że tak robić trzeba, w przeciwnym razie sklepikarze są wysoce niezadowoleni i plują sobie w brodę, że nie podali wyższej ceny :)


 

Polskie parki narodowe

Parki narodowe są największymi terenami podlegającymi prawnej ochronie w Polsce. W chwili obecnej jest ich w naszym kraju aż 23. Rzec powinnam właściwie, że 23,5, bo pomysł na Jurajski Park Narodowy kiełkuje w mądrych głowach (głównie botaników z Uniwersytetu Śląskiego) już od lat 70-tych ubiegłego stulecia i jeszcze nie doczekał się realizacji. Tak więc obecnie mamy w Polsce:

  1. Babiogórski Park Narodowy
  2. Białowieski Park Narodowy
  3. Biebrzański Park Narodowy
  4. Bieszczadzki Park Narodowy
  5. Drawieński Park Narodowy
  6. Gorczański Park Narodowy
  7. Kampinoski Park Narodowy
  8. Karkonoski Park Narodowy
  9. Magurski Park Narodowy
  10. Narwiański Park Narodowy
  11. Ojcowski Park Narodowy
  12. Park Narodowy „Bory Tucholskie”
  13. Park Narodowy Gór Stołowych
  14. Park Narodowy „Ujście Warty”
  15. Pieniński Park Narodowy
  16. Poleski Park Narodowy
  17. Roztoczański Park Narodowy
  18. Słowiński Park Narodowy
  19. Świętokrzyski Park Narodowy
  20. Tatrzański Park Narodowy
  21. Wielkopolski Park Narodowy
  22. Wigierski Park Narodowy
  23. Woliński Park Narodowy

W myśl ustawy cytowanej w poprzednim wpisie” park narodowy obejmuje obszar wyróżniający się szczególnymi wartościami przyrodniczymi, naukowymi, społecznymi, kulturowymi i edukacyjnymi, o powierzchni nie mniejszej niż 1000 ha, na którym ochronie podlega cała przyroda oraz walory krajobrazowe. Park narodowy tworzy się w celu zachowania różnorodności biologicznej, zasobów, tworów i składników przyrody nieożywionej i walorów krajobrazowych, przywrócenia właściwego stanu zasobów i składników przyrody oraz odtworzenia zniekształconych siedlisk przyrodniczych, siedlisk roślin, siedlisk zwierząt lub siedlisk grzybów”.

Wokół parków tworzy się otuliny, które stanowią swoisty bufor miedzy tym co chronione, a tym co niechronione. Parki charakteryzują się dość rygorystyczną ochroną, a duża część zasad dotyczy regulowania ruchu turystycznego, który odbywać się może wyłącznie w ramach wyznaczonych szlaków. Co ważne ochrona parków finansowana jest z budżetu centralnego czyli z kieszeni każdego z nas. Warto mieć to na uwadze kiedy widzimy delikwenta zrywającego roślinki czy śmiecącego w parku! Nie wiem jak Was, ale mnie aż kusi, żeby takiemu natrzeć uszy! :)

Jednym z celów tworzenia parków jest edukacja i krzewienie postaw prośrodowiskowych wśród społeczeństwa. Dlatego też w wielu parkach prowadzone są projekty badawcze i edukacyjne. W wielu z polskich parków znajdują się muzea czy centra edukacji ekologicznej, w których można zamówić lekcję muzealna czy wykład na interesujący nas temat.

Zatem korzystajcie z zbliżającej się wiosny i oderwijcie się od komputera! Piękna Polska czeka!


mieszkańcy Indii  

Indie-szok kulturowy. Część II

Aby właściwie poznać Indie i dobrze się w nich czuć, należy zacząć od zrozumienia mentalności jego mieszkańców, znacznie różniącej się od naszej. Indyjskie społeczeństwo cechuje duża zażyłość i bliskość. Coś takiego jak prywatność czy przestrzeń osobista to dla większości z nich zupełna abstrakcja.

Hindusów cechuje olbrzymia ciekawość świata, a zwłaszcza jego cudzoziemskich mieszkańców. Mimo że subkontynent odwiedzany jest corocznie przez miliony turystów z całego świata, widok „białasa” jest dla nich ciągle wielką atrakcją. Zachowaniem nader częstym i zupełnie normalnym jest np. zatrzymanie się i bezpardonowe przyglądanie się napotkanemu turyście, który z trudem potrafi ukryć swe skrępowanie i zażenowanie.  Wystarczy jednak uśmiechnąć się i skinąć głową, a na twarzy obserwatora pojawia się szeroki uśmiech, po którym najczęściej dochodzi do krótszej bądź dłuższej wymiany zdań. I tu pojawia się kolejna kwestia – zadawanie wysoce nietaktownych, w odczuciu Europejczyków, pytań o religię, wiek, wysokość zarobków, stan cywilny, ilość dzieci albo powód ich braku. Tutaj jest to zupełnie normalne i wynika jedynie ze wspomnianej ciekawości świata, nie należy się więc oburzać ani obrażać. Najlepiej jest odbić piłeczkę i pytać ich o to samo, co zostanie przyjęte z radością i potraktowane jako wyraz wzajemnego zainteresowania. :)

W dobie nowoczesnych telefonów komórkowych z wbudowanym aparatem fotograficznym, coraz częściej spotkaniom z miejscową ludnością towarzyszy robienie zdjęć i o dziwo, nie ze strony turystów, lecz lokalnych. Zazwyczaj na jednym zdjęciu się nie kończy się i speszony turysta czuje się conajmniej jak gwiazda filmowa wypatrzona przez natrętnych paprazzich :)

Kolejnym szokiem, jakiego z pewnością doświadczymy będąc w Indiach jest ogromny, trudny do zaakceptowania, kontrast pomiędzy bogatymi i biednymi. Wszechobecne ubóstwo i żebracy to jeden z najsmutniejszych, a zarazem najczęstszych obrazów subkontynentu. Serce się kraje na widok kalek czy kilkuletnich żebrzących dzieci proszących o kilka rupii. Najgorsze jest to, że zazwyczaj „pracują” one na rzecz lokalnej mafii i ofiarując im pieniądze tylko wspieramy ten niechlubny biznes. Bywa też, że dzieci dobrowolnie stoją na ulicy i „zarabiają” na własne przyjemności, zamiast uczyć się w szkole. Są one bardzo sprytne i przekonywujące.  Prawie każde bardziej turystyczne miejsce w Indiach ma swój „przekręt”. Przykładowo w Puszkarze żebracy proszą o kupno chapati, które okazuje się kosztować sto pięćdziesiąt rupii zamiast pięćdziesięciu. Następnie wskazują konkretny sklep, gdzie chcą je kupić, po czym (gdy tylko dobroczyńca zniknie im z oczu) wracają, oddają towar i otrzymują w zamian połowę pieniędzy. Takim sposobem zarabia również, współpracujący z żebrakami, sprzedawca. W związku z powyższym, należy być czujnym, zaś osoby chcące udzielić pomocy, powinny wcześniej skontaktować się z lokalną organizacją charytatywną, która najlepiej będzie wiedziała kto najbardziej jej potrzebuje.


 

Dowcipy o Polakach

Obecnie mam styczność z Polonią w Brazylii i … natchnęli mnie, żeby napisać ten artykuł ;) A zajmiemy się dowcipami o Polakach, które opowiada się na całym świecie :D

Oczywiście najwięcej żartów jest opowiadanych o nas w Niemczech. Nie koniecznie jesteśmy wówczas stawiani w dobrym świetle, no ale… czy jak my opowiadamy kawały o Niemcach, to jest inaczej??? ;) Wiele z dowcipów zamieszczonych poniżej podpowiedzieli mi moi znajomi, którzy właśnie od wielu lat mieszkają za naszą zachodnią granicą.

Drugi kraj, gdzie „mocno z nas żartują” ;) to Wielka Brytania… ten ich humor :D

Ale część z opublikowanych tu dowcipach usłyszymy i za oceanem. Nie powiem, mnie niektóre rozśmieszyły do łez. Zapraszam do lektury i dowiedzenia się, co mówią o nas inni? A wiemy, że w każdym żarcie jest trochę prawdy…;)

Co robi Polak kiedy Polska wygrywa mistrzostwa świata w piłkę nożną?
Gasi playstation i idzie spać!

Zdanie z 10 wyrazami i 4 kłamstwami?
Uczciwy Polak jedzie na trzeźwo swoim własnym samochodem do pracy.

Przychodzi Irlandczyk do hotelu, w którym na recepcji pracuje Polka.
- Two tea to room two – prosi.
- Tam Ta Ram Tam Tam – odpowiada recepcjonistka.

Duży diabeł mówi do małego diabełka:
- Mam dla ciebie zadanie. Leć do Ameryki i coś ukradnij! Mały poleciał.
- Jestem mały diabełek, noszę ze sobą kubełek. Muszę coś ukraść! -Spoko stary. My mamy tutaj tyle rzeczy! Bierz co chcesz! -Nie, ja muszę ukraść!
Wraca do domu i mówi:
- Oni mi tam chcieli dać, ale ja mam ukraść! – To leć do Niemiec! Mały poleciał. -Jestem mały diabełek, noszę ze sobą kubełek. Muszę coś ukraśc!
-Spoko stary! My tu mamy tyle rzeczy! Bierz co chcesz! -Nie ja muszę ukraść!
Wraca do domu i mówi:
- Oni mi tam chcieli dać, ale ja mam ukraść! – To leć do Polski.
Poleciał. -Jestem mały diabełek,… o kurde kubłek mi ukradli!

Kowalski i Nowak pojechali do roboty do Anglii. Po kilku miesiącach wraca tylko Kowalski. Znajomi się pytają:
- A gdzie masz Nowaka?
- Został, sklep otworzył – odpowiada.
- Po trzech miesiącach? Jak?
- Normalnie, łomem – odpowiada Kowalski.

Anglik podchodzi do Polaka i pyta:
- Do you speak english?
Polak z politowaniem:
- Ty weź się zacznij uczyć polskiego, bo jest nas tutaj już ponad pół miliona!

Czy wiesz że to Polacy wymyślili triatlon?
Bo tylko Polak idzie na basen pieszo, a wraca rowerem.

Polski minister udał się w oficjalną podróż do Francji. Jednym z punktów wizyty była kolacja u jego francuskiego odpowiednika. Widząc jego wspaniałą willę, z obrazami wielkich mistrzów na ścianach, pyta, jak on zapewnia sobie taki poziom życia ze skromnej pensji urzędnika republiki.
Francuz zaprasza go do okna:
- Widzi pan tę autostradę?
- Tak.
- Ona kosztowała 20 miliardów franków, firma wypisała fakturę na 25, a różnicę przekazała mi.
Dwa lata później minister francuski udaje się do Polski i odwiedza swojego odpowiednika. Kiedy podjeżdża, jego oczom ukazuje się najpiękniejszy pałac, jaki widział w życiu. Stwierdza od razu:
- Dwa lata temu stwierdził pan, że prowadzę książęce życie, ale w porównaniu do pana…
Polski minister podchodzi do okna:
- Widzi pan tę autostradę?
- Nie.
- No właśnie.



Chile - obserwatorium  

Niebo nocą nad Chile

Obserwowanie rozgwieżdżonego nieba jest niezwykle przyjemne. To truizm. Jeszcze większym truizmem jest stwierdzenie, że niezwykle przyjemnie jest oglądać nocne niebo, gdy towarzyszy temu piękna pogoda, dobra widoczność, suche powietrze i dodatkowo znajdujemy się na punkcie zlokalizowanym gdzieś wysoko. Umożliwiającym szeroki pogląd na otoczenie ponad nami. ;) Niewiele jest na świecie miejsc spełniających te wszystkie warunki. Zwłaszcza przez większość dni w roku. Ale są…


Kolos_rzym  

„Kolosalny” symbol Rzymu

Kolos_rzymKoloseum, znak rozpoznawczy Rzymu i ucieleśnienie jego dawnej świetności. Zabytek ten nazywa się właściwie Amfiteatrem Flawiuszów. Jego budowę rozpoczął cesarz Wespazjan, a skończyli jego synowie w I wieku po Chrystusie. Z racji tego, że Flawiusze byli nową dynastią, robili wszystko, by pozyskać sobie sympatię ludu. Jednym z takich działań była budowa amfiteatru, który mógł pomieścić 50 tys. widzów. Popularna nazwa „Koloseum”  pochodzi nie od rozmiarów, ale od stojącego niegdyś w pobliżu 40-metrowego Kolosa – brązowego posągu Nerona (co ciekawe posąg znikł bez śladu po najeździe Gotów). Na jego miejscu znajduje się dziś kępa drzew przy Via dei Fiori Imperiali.

Amfiteatr był pierwotnie areną do walk gladiatorów. Patrząc na dzisiejsze ruiny sceny można zauważyć, że nie tylko naokoło, ale i po środku niej znajduje się system korytarzy. Oczywiście pierwotnie arenę pokrywała nawierzchnia, na której toczyły się walki. W korytarzach mieściły się przejścia dla gladiatorów, klatki dla zwierząt oraz dźwigi wnoszące je na scenę. Na krańcach dłuższej osi (budowla stoi na planie elipsy) znajdowały się dwie bramy – jedną wkraczali na arenę gladiatorzy, drugą wynoszono ciała poległych. 80 wyjść na poziomie parteru umożliwiało sprawne opuszczenie „Koloseum” w ciągu 10 minut!

Przez wiele wieków Koloseum było największym kamieniołomem Rzymu. Dopiero w XVIII w. papież Benedykt XIV zabronił dalszej rozbiórki. Uważał, że temu miejscu należy się szacunek przez wzgląd na chrześcijan, którzy ponieśli tu męczeńską śmierć. Fakt jest taki, że w czasach represji okrutnego Nerona, Koloseum jeszcze nie istniało. Gdyby nie decyzja papieża, być może dzisiaj z amfiteatru zostałoby tyle samo, co po brązowym Kolosie?

Dziś władze miasta dbają o to, by najbardziej rozpoznawalna budowla Rzymu w dzień i w nocy wyglądała atrakcyjnie. Wieczorne oświetlenie robi wrażenie, a co widać nie tylko na profesjonalnych zdjęciach, ale i amatorskich fotkach z podróży. Na pewno nie można ominąć tego zabytku. Przy pięknej pogodzie (co w Rzymie jest na szczęście codziennością) architektura prezentuje się doskonale.


zdjęcie-Chorwacja-turkusowe morze  

Wyspa Lošinj – zieleń lasów i turkusowe morze

zdjęcie-Chorwacja-turkusowe morzeTo co na pierwszy rzut oka urzeka na wyspie Lošinj to niezwykła zieleń lasów, która pięknie harmonizuje z turkusem wody. Wyspa położona jest w Zatoce Kvarner. Jej najbliższą sąsiadką jest Cres, z którą niegdyś Lošinj tworzyła jedną wyspę. W czasach rzymskich wyspy zostały rozdzielone sztucznym kanałem, współcześnie połączono je mostem.
Tamtejsze wody otaczające wyspę upodobały sobie delfiny. W miejscowościach na Lošinj znajdziemy liczne oferty rejsów, podczas których można podziwiać beztrosko baraszkujące delfiny. Te sympatyczne ssaki stały się symbolem wyspy, a 2 sierpnia obchodzony jest na Lošinj – Dzień Delfina.


zdjęcie-Chorwacja-zamek Trsat  

Rijeka – czarna postać w turbanie i karnawał cz.2

zdjęcie-Chorwacja-ulice RijekiRijeka ma również swoją Krzywą Wieżę, a jest nią dzwonnica pochodząca z XIV wieku. Rijeka jest również ważnym ośrodkiem kultu maryjnego. Kościół Matki Boskiej Trsatskiej znajduje się na wzgórzu Trsat. Według legendy na owym wzgórzu miał stać dom Matki Boskiej, który został tam przeniesiony z Nazaretu. Anioły przenoszące budowlę wybrały Trsat jako miejsce postoju w drodze do Loretu, gdzie obecnie znajduje się relikwia. W zamian, mieszkańcy Rijeki otrzymali od papieża Urbana V cudowną ikonę, która jest obecnie przedmiotem kultu. Z kościołem sąsiaduje zamek, niegdyś obronna forteca. Obecnie można stamtąd podziwiać bardzo ładną panoramę miasta i okolicy.


zdjęcie-Chorwacja-widok na Rijekę  

Rijeka – czarna postać w turbanie i karnawał cz.1

zdjęcie-Chorwacja-widok na RijekęNiewiele osób wie, że największa chorwacka impreza karnawałowa odbywa się w Rijece. Co ciekawe, pierwszy oficjalny pochód karnawałowy w Rijece zorganizowano dopiero w 1982 roku, a w 1995 roku stała się już członkiem Europejskiej Fundacji Miast Karnawałowych. W tym roku impreza odbyła się po raz dwudziesty ósmy.
Każdego roku uczestniczą w niej tysiące Chorwatów, jak również przyjezdnych z innych krajów Europy. W roztańczonym tłumie można również spotkać rodaków z Polski. Do uczestnictwa w paradzie przyda się dobra kondycja i wymyślny kostium.
Pomysłowość przebierańców wydaje się nie mieć granic.


transport w Indiach  

Indie – szok kulturowy. Część I

Podróżników z całego świata przyciąga do Indii pragnienie zobaczenia tego wspaniałego kraju, słynącego z bogactwa kolorów, smaków i zapachów, po którymś niegdyś podróżowali Marco Polo czy Vasco da Gama. Przygotowujemy się do podróży, czytamy przewodniki, by jak najwięcej dowiedzieć się o subkontynencie, nie zdajemy sobie jednak do końca sprawy z tego, jak bardzo nasza kultura, przyzwyczajenia i mentalność różnią się od indyjskiej.

Pierwszy szok następuje już po wyjściu z samolotu, gdy wita nas gorąca fala wilgotnego powietrza o specyficznym słodkawo-korzennym zapachu, a chwilę później zostajemy otoczeni przez chmarę taksówkarzy, tragarzy i hotelowych naganiaczy. Wszyscy przekrzykują się nawzajem, namawiają na swoje usługi, często łapiąc za ubranie, by w ten sposób przyciągnąć naszą uwagę. Najlepiej szybko zapytać o cenę, po czym dać swoją, dużo niższą, co skutkuje natychmiastowym rozrzedzeniem się tłumu. Po długich pertraktacjach dogadujemy się co do ceny transportu i szczęśliwi wsiadamy do lokalnej taksówki czy rikszy, absolutnie nie podejrzewając tego, co nas za chwilę czeka.

Otóż poruszanie się po indyjskich drogach stanowi niemałą przygodę, wyzwalającą z nas całkiem spore ilości adrenaliny, zwłaszcza podczas pierwszej przejażdżki! Na tutejszych szosach jeździ wszystko co ma koła – od drobnych ryksiarzy i rowerzystów po masywne, rozklekotujące się autobusy i ciężarówki! Można dodać, że większość pojazdów ma po kilkadziesiąt lat, drogi niezliczoną ilość dziur, a o zasadach ruchu drogowego nikt tu chyba nigdy nie słyszał. Wydawać by się mogło, że za chwilę dojdzie do nieuchronnego wypadku, ale (ku naszemu zdumieniu i nieopisanej radości) tak się nie dzieje. Okazuje się, że w tym całym chaosie, kierowcy mają swoją własną „hierarchię”, polegająca na tym, że im większy wehikuł, tym więcej może, mniejsze zaś pokornie ustępują drogi szybszym i potężniejszym. Charakterystyczny dla indyjskiego ruchu drogowego jest również klakson – wszyscy kierowcy, bez żadnego wyjątku, niemiłosiernie trąbią, zaznaczając w ten sposób swoją obecność na jezdni. U nas zdarza się to raczej rzadko – w wyjątkowych i zazwyczaj uzasadnionych sytuacjach, tu to najnormalniejsza rzecz na świecie, inaczej się przecież nie da jechać. :)

Kolejną szokującą nas rzeczą jest wszechobecny tłum. Wprawdzie wiemy, że Indie to drugi na świecie kraj pod względem liczby ludności, jednak dociera to do nas dopiero wtedy, gdy doświadczamy tego na własnej skórze. Najczęściej pierwszym zetknięciem z indyjską społecznością jest wyżej wymienione lotnisko bądź dworzec, na którym prawie zawsze można zobaczyć dziesiątki hindusów tłoczących się przy kasach biletowych. I tu dostrzegamy kolejną różnicę – przepychanie się jeden przez drugiego, co u nas uznawane jest za kompletny brak kultury, tutaj jest czymś całkowicie naturalnym i aby kupić bilet również należy się pchać. Inaczej skończymy stojąc w tym samym miejscu po kilku godzinach toczenia się, pocenia i innych konsekwencji. Podsumowując – podróżując po Indiach możemy być pewni, że nigdy nie będziemy czuli się samotnie. :)