Chile - wieze Torres del Paine  

Torres del Paine!

Pobudka o godzinie szóstej. Za godzinę pod naszym hostelem ma być autobus, który powiezie nas do wrót parku, o którym marzyłem od dziecka. Szybkie pakowanie. Nie korzystamy (o zgrozo (!) niestety) z możliwość przechowania zbędnej części naszego bagażu w hostelu. Błagam, apeluję! Jeśli proponują, zgadzajcie się bez wahania. Cóż… Mądry Polak po szkodzie. Od dziś zaczynamy trekking z dwudziestoośmiokilogramowym balastem na plecach. Po kiego? Po kiego?


Argentyna - Patagonia za 50 rownoleznikiem  

Za 50 S równoleżnikiem

Opuszczamy czym prędzej Rio Gallegos. Niestety jedyny tego dnia autobus odjeżdżający bezpośrednio do Puerto Natales, gdzie chcemy się dostać, przeszedł już do historii. Nie ma sensu czekać na kolejny. Wiązałoby się to (o zgrozo!) z nocowaniem w Rio Gallegos. Nie. To mogło by zdecydowanie zbyt mocno odbić się na mojej psychice. Szukamy innego połączenia. Okazuje się, że jest możliwość transportu do Rio Turbio – nadgranicznej mieścinki żyjącej z kopalin węgla. Tam trzeba będzie następnie złapać połączenie do Chile. Jedziemy!


Argentyna - Patagonia  

Rio Gallegos – miasto niczyje

Jesteśmy! Po niespełna dwóch dobach spędzonych w pędzącym po pampaskim pustkowiu autobusie dojeżdżamy do odległego Rio Gallegos. Wychodząc z klimatyzowanego pojazdu mam wrażenie, że przeniosłem się do innego świata. Jakże odległego od pozostawionego na dalekiej północy Buenos. I nie chodzi tylko o odległość (ok. 2 000 km). Nie ma tutaj przeogromnego dworca z sześćdziesięcioma kilkoma stanowiskami, jak to ma miejsce na buenoskim molochu. Nikt nas nie atakuje. Nie pyta o cel przyjazdu. Nie zaprasza do podstawionej już taksówki. Nic, nikogo. Cisza. I tylko wiatr hula.