Jak donoszą boliwijskie media, pod La Paz miał miejsce wczoraj tragiczny w skutkach wypadek samochodowy. Co szczególnie interesujące dla nas, Polaków, w wypadku obrażenia odniosło czworo polskich turystów. Dwie kobiety są poważnie ranne. Ko
nsul ambasady RP w Limie poinformował, że „w najbliższych godzinach zostaną one przetransportowane awionetką do kliniki w Santa Cruz”.
Zdarzenie miało miejsce w niewielkiej miejscowości San Cristobal, na wschód od stolicy kraju. W wypadku brały udział turystyczne jeepy. Uczestnicy nadal przebywają w San Cristobal. Dojazd do miejscowości jest utrudniony.
Zaledwie dwa dni wcześniej znacznie tragiczniejszy w skutkach wypadek miał miejsce w Chile. Wszystko działo się nad ranem – ok. godziny 7.45 (11.45 czasu polskiego). 70 km na zachód od chilijskiego Santiago autokar firmy Turbus wjechał na sąsiedni pas i zderzył się z jadącą w przeciwnym kierunku ciężarówką. Na miejscu zginęło co najmniej 18 osób, a 23 zostało rannych. Stan dziewięciu rannych jest krytyczny. Lekarze twierdzą, że bilans ofiar może wzrosnąć.




Przystanek. 10 rano. Autobus staje przy małym gospodarstwie, przypominającym amerykańskie ranczo. Wewnątrz drewnianej chaty zaadoptowanej na potrzeby sympatycznej knajpki wiszą na ścianach czarno-białe strony gazet. Podchodzę bliżej. 1959 rok. Na okładce zdjęcie Cesare Maestriego – świeżego zdobywcy najtrudniejszej ściany świata, Cerro Torre. Zaraz obok kolejne wydania dziennika, w którym wypowiadają się słynni alpiniści – sceptycy tego wejścia. Wszystkie one – zdjęcia, dyplomy, pierwsze strony zabytkowych dziś gazet – wstawione są w szklane antyramy. Czuję narastające napięcie. Ta pośpieszna, zupełnie przypadkowa i nieplanowana wizyta w tym „muzeum Cerro Torre” powoduje, że serce bije coraz mocniej. Czuję, że to „coś” jest coraz bliżej. Nie spodziewam się jednak, że…



Wyjazd z parku Torres del Paine nie nastręcza większych trudności. W przypadku zakończenia trekkingu w bazie Refugio Pehoe udajemy się na jeden z trzech promów. Tym popłyniemy pod przystanek autobusowy Lago Pehoe, z którego zabierze nas autobus do Puerto Natales. W naszej sytuacji sprawa ma się nieco inaczej. Z campingu Las Torres raczej nic nie pływa. Tutaj, by dostać się na jeden z punktów trasy autobusu do Puerto Natales, konieczne jest skorzystanie z usług lokalnych przewoźników busikowych.


Dziś pojedziemy na miasto sami. A co! To będzie nasz „chrzest”. Odcinamy zatem pępowinę gościnności naszych argentyńskich przyjaciół i wyposażeni w plan miasta, parę pesos i dobry humor ruszamy prężnie na nieodległy przystanek autobusowy. Od tego bowiem trzeba zacząć. Zapomnijmy o wypożyczaniu samochodu. Nie warto. Po pierwsze, zabiją nas inni uczestnicy ruchu. Nie mając tutejszych nawyków nie będziemy potrafili nawet włączyć się do ruchu. Tutaj trzeba mieć tupet. A po drugie, nie opłaca nam się to finansowo. A zatem autobus!