Zwiedzania Buenos po swojemu ciąg dalszy.
Po godzinie jazdy autobusem dojeżdżamy do centrum stolicy Argentyny. Główna część miasta to coś w stylu połączenia Nowego Jorku z Honolulu. Wieżowce po obu stronach jednokierunkowej, szerokiej, zawalonej kupą samochodów i motocykli ulicy. Budynki może i nie za piękne, ale z pewnością robiące wrażenie. Chodniki wciśnięte pomiędzy witryny sklepów a rozhuczaną ulicę zapchane są pędzącymi w swoich kierunkach portenios (tak tytułuje się mieszkańców Buenos Aires).
Mimo zapowiedzi, czuję się dość bezpiecznie. Tu grają tango, tam zagaduje mnie brazylijski kelner, tam zatrąbi na mnie taksówkarz. Miał prawo. Tak mi się nie chciało czekać na to zielone. A, że akurat musiał podjechać, to cóż.. Chyba wtapiam się w tłum. Dla Argentyńczyka bowiem coś takiego jak światło dla pieszych praktycznie nie istnieje. Zresztą, dla kierowców też tylko sporadycznie. ![]()




Dziś pojedziemy na miasto sami. A co! To będzie nasz „chrzest”. Odcinamy zatem pępowinę gościnności naszych argentyńskich przyjaciół i wyposażeni w plan miasta, parę pesos i dobry humor ruszamy prężnie na nieodległy przystanek autobusowy. Od tego bowiem trzeba zacząć. Zapomnijmy o wypożyczaniu samochodu. Nie warto. Po pierwsze, zabiją nas inni uczestnicy ruchu. Nie mając tutejszych nawyków nie będziemy potrafili nawet włączyć się do ruchu. Tutaj trzeba mieć tupet. A po drugie, nie opłaca nam się to finansowo. A zatem autobus!
Tak się składa, że mój pierwszy dzień na nowym kontynencie przypada na niedzielę. Wieczorkiem udaję się zatem uczcić Dzień Pański. Trafiam do nieodległego, małego kościółka w dzielnicy Villa del Parque. Mały tłum rozmawia pod świątynią. Co poniektórzy kończą papierosa. Część wita się ze znajomymi. Mama ucisza płaczące dziecko. Wybija osiemnasta – czas wejść do środka.






