Czas wracać. Im dalej od miradora nad Lago de Los Tres, tym mam wrażenie, że ściana Fitz Roy’a pokazuje się coraz okazalej. Przypomina mi to nieco sytuację z dziecięcej zabawy w Ciu-ciu babkę. Pamiętacie?
Odwracamy się w przeciwnym do reszty uczestników zabawy, odliczamy i na „10” patrzymy, czy ktoś się rusza. Tutaj rolę udającego, że wciąż jest w chmurach odgrywa Fitz Roy. A ja tak kontroluję co pewien czas. Katem oka mam wrażenie, że chmury jakby nieco rzedną, że lepiej widać sylwetkę. W tym momencie rzucam „sprawdzam”, odwracam się… a ściana momentalnie ponownie chowa się za pióropuszem stratocumulusów. Ehhh… Jak z dzieckiem. Mówię Wam, jak z dzieckiem…
Oglądasz artykuły otagowane jako: Cerro Torre
Fitz Roy
Poprzednio jak tutaj byłem, widziałem tylko szarą ścianę deszczu. Myślałem tylko o jednym – jak najszybciej się sta wynieść. Nie w głowie było mi podziwianie otoczenia. Zresztą, jakiego otoczenia? Wszystko takie samo – jednolicie szare, smutne, bez wyrazu. Ale teraz…
Idziemy wyżej. Mój nowo poznany amerykański kolega zabiera z rozbitego na Camp Poincenot namiotu linę alpinistyczną. Mi wręcza natomiast jakieś siatki pełne sprzętu wspinaczkowego. Mamy to przenieść do kolejnego pola namiotowego – położonego ok. 20 minut drogi pod górę.
Fitz Roy się pokazuje!
Czas się wyspać. Dziś nie budzi nas żadne „pi-pi, pi-pi”. Dajemy sobie zupełny luz. Niech i nasze organizmy mają coś od życia.
Jak się wyśpimy, tak wstaniemy. I tak autobus na północ mamy dopiero na jutro rano.
Po 10-ej uzmysławiam sobie, że czegoś mi brakuje. Zdecydowanie. Coś jest nie tak. Ależ tak! Przecież to oczywiste! Nic nie stuka. Nie sączy. Nie ma tego charakterystycznego szumu, do którego już zdążyłem się przyzwyczajać. Słowem: NIE PADA!! ![]()
Odpoczynek w El Chalten
W El Chalten pada już znacznie słabiej. Szarówka. Przecinające się pod kątem prostym ulice podziurawione są wielkimi kałużami. Nikt nie kręci się po miasteczku. By dojść do darmowego pola namiotowego, trzeba wpierw przejść całe El Chalten. I tutaj pojawia się pokusa. My zmoczeni. Rzeczy zmoczone. Namiot zmoczony. I teraz znowuż go rozstawiać? Znowuż marznąć? A wokół nas coraz to pojawia się baner z napisem „camera”, „rooms”, itd. Zachodzimy do pierwszego lepszego hostelu. Drewniane schody, murowana weranda. I karta przy okienku recepcji z cennikiem. Hmm… 50 pesos za noc w czteroosobowym pokoju. Dużo. Przynajmniej jak na południowoamerykańską skalę. Bo, w zestawieniu z cenami patagońskimi, zupełnie średnio. Do kolejnego, kolorowego hotelu z dwoma gwiazdkami błyszczącymi nad wejściem do hotelowej pizzerii nawet nie zachodzimy.
Odwrót spod Fitz Roy’a
Budzi mnie łoskot deszczu uderzającego o tropik. Nieeee…. A zatem z marzeń nici. Wychylam nieśmiało nos na zewnątrz. No, nawet, nawet. Aż tak nie leje. Może i dalibyśmy radę? Szybko ubieram, co mam pod ręką, by wyjść kawałek poza teren zalesionego pola namiotowego. Zobaczymy, jak tam się prezentuje sytuacja. Gdy od gniewnego szarego nieba nie będzie już chronić nas żadna korona drzewa. A Monika niech sobie jeszcze podrzemie.
Wychodzę więc. Jeszcze parę kroków i będą na pobliskiej polanie, przez którą przepływa strumyk. Z niego biwakowicze biorą wodę do gotowania, do mycia, itd. O właśnie, przy okazji może wezmę co nieco poranną herbatę. Aaaaaaaaaajjjjjjjjj! Zimna fala skropelkowanej masy atakuje mnie w jednej chwili. Dopiero tutaj, poza leśnym zagajnikiem, w którym rozbiliśmy namiot, orientuję się, że w porównaniu z tym, co było wczoraj, nic a nic się nie zmieniło. Nadal wieje, jak… Jak w Patagonii. I znów to samo. Deszcz pada niemal równolegle do horyzontu. Wychodziłem zupełnie suchy. Minęło może 20 sekund. Nie mam ani fragmentu, który by się ostał – wszystko znów mokre. Zupełnie, jakbym wskoczył do wanny z zimną wodą. Mokry strach na wróble. O widoku na Fitz Roy również możemy zapomnieć. A stąd widok jest już ponoć zupełnie sympatyczny. Nie dla nas. Nie dziś. Czas wrócić do namiotu.
Noc na campingu Poincenot pod Fitz Roy’em
Uff… Wreszcie! Umorusani. Kompletnie przemoczeni. Milczący. I ociekający wodą. W takim stanie dwójka polskich gringos dochodzi do campu Poincenot. Zza ściany deszczu dostrzegam kontury kolorowych namiotów. Żadnych oznak życia. Nikt nie spaceruje. Nikt się nie wychyla. Wszyscy schowani. W pokorze cierpliwie oczekujący aż deszczowy żywioł miłościwie odpuści. Jeszcze ostatnie na dziś wyzwanie: rozbić namiot.
Nie ma nawet gdzie postawić plecaka. Wszędzie woda. Zgrabiałymi dłońmi usiłuję rozsupłać węzeł pokrowca od namiotu. Dobrze. Nie zatrzymuj się. Nie przestawaj. Każda chwila jest cenna.
Załamanie
Czas opuścić piękne miejsce. Zwijamy namiot z Campu Agostini i zarzucamy plecaki. Jeszcze tylko jedno, ostatnie spojrzenie na Cerro Torre. Wciąż w chmurach. Mimowolnie myślę sobie: „A chowaj się, chowaj. I tak Cię ujrzałem”. Ruszamy w dół doliny wzdłuż Rio Fitz Roy.
Nie potrafię się oprzeć pokusie i co i rusz przystaję, by jeszcze choć na chwilkę odwrócić się w kierunku „mojej ukochanej”. Trudno. Czas nagli. Pogoda sprzyja – dziś piękne słońce, idziemy w t-shirtach. Trzeba to wykorzystać. Idziemy w lesie. Wokoło niskie, karłowate buki patagońskie. Delikatny wiaterek smuga twarz. Bardzo przyjemny trekking. Tym bardziej, że idziemy delikatnie w dół. To pomaga w znoszeniu trzydziestokilogramowego balastu na plecach. Sielanka kończy się po niespełna godzince marszu.
Na lodowcu Glaciar Grande
Zdziwiłby się ten, kto wyobraża sobie, że skoro idziemy nie znakowanym szlakiem, de facto nie dostępnym turystom, to czeka nas jakaś walka o przetrwanie. Nic z tych rzeczy. Kończąc przeprawę przez rzekę, czeka nas jedynie niewielkie podejście na morenę otaczającą Lago Torze od południa. Dalej pod lodowiec Glaciar Grande poprowadzi nas wyraźna ścieżka. Droga biegnie grzbietem moreny, by po ok. 20 minutach spaceru wprowadzić nas w bukowy las. Tutaj czeka nas parę ostrzejszych podejść – w niektórych miejscach zamontowano specjalne linowe mocowania mające pomóc nie radzącym sobie z co trudniejszymi odcinkami. Bez obaw – każdy sobie tutaj poradzi. Ot, taki nieco ciekawszy od standardowego spacer po lesie. ![]()
Przeprawa przez linowy most pod Cerro Torre
-Wiesz… Mam stracha. To chyba nie dla mnie… – widok wiszącej nad rwącym potokiem Rio Fitz Roy liny nie napawa Moniki optymizmem.
-Chodź. Spróbujemy chociaż – zachęcam, choć sam na ten widok tracę impet i pewność siebie.
By dostać się nad lodowiec Glaciar Grande pod ścianą Cerro Torre, trzeba wpierw uporać się z linowym mostem uwieszonym na dwóch wielkich głazach spoczywających na dwóch przeciwległych brzegach Rio Fitz Roy wypływającej z Lago Torre. Innej drogi na to, by podziwiać Cerro Torre z bliższej odległości niż pozwala na to ogólnodostępny dla turystów mirador, po prostu nie ma.
Wschód słońca na Cerro Torre
Pobudka o godzinie 4:40 rano nie należy do przyjemności. W normalnej sytuacji wierciłbym się teraz z boku na bok oszukując wciąż upływające minuty i czerpiąc podwójną przyjemność z każdej skradzionej minuty drzemki. Ale nie dziś. Dziś ważna jest każda sekunda. Nieprzypadkowo kładąc się wczoraj spać, bezlitośnie ustawiłem budzik na tak wczesną porę. Czas zobaczyć wschód słońca na ścianie Cerro Torre.
Cerro Torre – szczyt szczytów
Sen przychodzi bardzo prędko…
Jestem pod Cerro Torre. Marzenie spełnione. Pamiętacie, jak obiecywałem, że napiszę, kiedy już będę wiedział, jak to jest, gdy osiąga się to jedno z największych marzeń życia? Hmm… No właśnie. Czas spełnić obietnicę.
Bałem się, że jak ujrzę tę sylwetkę na własne oczy, to… po prostu zawiodę się. Tak po prostu. Zwyczajnie. Przecież ja znam tę górą prawie jak własną kieszeń. Zdjęcie magicznej sylwetki Cerro Torre towarzyszy mi od lat dosłownie wszędzie. Na pulpicie domowego monitora. Na kartkach kalendarza. Na plakatach. W albumach. Obyłem się z tym cudem. Zatem, czego ja tak naprawdę oczekuję? – myślałem podchodząc coraz to bliżej i bliżej Lago Torre.
Zachód słońca pod Cerro Torre
-Macie jeszcze niespełna trzy godzinki do zachodu słońca. Pędźcie na mirador – zachęca Piotr, dopiero co poznany rodak.
-A Wy? – pytam, mając na myśli jego oraz małżonkę.
-My już byliśmy wczoraj. Idźcie. Raz, dwa. Druga taka okazja może się już nie powtórzyć. A pogawędzimy sobie później.
Nie trzeba było dwa razy powtarzać. Faktycznie. Szybko uświadamiam sobie, że przecież Cerro Torre jest widoczne statystycznie przez trzy dni w miesiącu. Szanse na to, że jutro będziemy mieli taki widok jak dziś są zatem jak jeden do piętnastu. Nie warto ryzykować. Tym bardziej, że smukła sylwetka Cerro Torre aż mieni się od odbijających się w niej promieniach słońca. Zbliża się koniec dnia. Światło jest coraz ciekawsze. Otoczenia nabiera coraz bardziej pastelowych odcieni. Teoria fotografii pejzażu odkryła to już dość dawno. Okres tuż przed zachodem oraz tuż po wschodzie dnia to momenty, w których powstają najciekawsze zdjęcia.
Camping Agostini pod Cerro Torre
Po czterech godzinach powolnego marszu docieramy do Lago Torre. Jesteśmy na wysokości zaledwie 635 metrów n.p.m. Przede mną ciemnoniebieska toń mroźnego jeziora. Ponad nim zaś najpiękniejsza górska panorama, jaką tylko człowiek jest w stanie sobie wyobrazić. Sino-szarawa skalna iglica wznosząca się na wysokość 3133 metrów n.p.m. Gdy porównuję ten widok do tych wszystkich znanych mi z pocztówek, mam wrażenie, że oto stoję przed gigantyczną makietą. Wyświetlam sobie ekran mojej Nokii, na której tapecie widnieje słynna iglica. Niewiarygodne. Wszystko jest jednakowe. Każdy płat śniegu. Charakterystyczna półka w dwóch trzecich ściany jest identycznie ośnieżona, jak na zdjęciu. Zgadza się każdy szczegół. Cerro Torre, jeśli tylko nie znajduje się we mgle stratusów, odstawia widzom ten sam, również piękny spektakl. Tak, aby każdy, kto tu trafi był szczęśliwy.
Wzdłuż Rio Fitz Roy
Rio Fitz Roy to rzeka dość szeroka i niezwykle bystra. Gdy stoję teraz nad jej północnym brzegiem, szybko uświadamiam sobie, że moje pobożne życzenia przewidujące, że jakoś sobie z nią uporam, w razie gdyby mój „sprzęt” (karabinek i pętla) okazał się być jednak niewystarczający do sforsowania linowego mostu, wydają się być po prostu śmieszne. W życiu! Nawet o tym nie myślcie. Rzeka ma dobre 40 metrów szerokości. W niektórych miejscach kotły eworsyjne żłobią ponad 3 metrowe przegłębienia. Wolę nie wyobrażać sobie, co się stanie, jeśli np. w połowie pokonywania tego linowego mostu pętelka odmówi mi posłuszeństwa. Albo nie starczy sił w ramionach, by dalej pełznąć. Ojojojoj…
Na kolanach po pozwolenie, czyli poradnik jak dostać się pod Cerro Torre
Wracamy do autobusu i jedziemy dalej. Jeszcze 20 minut. Coraz bliżej. Na rogatkach El Chalten autobus zwalnia, a po chwili skręca w boczną odnogę drogi. Zatrzymujemy się pod niską chatą. To siedziba parku narodowego Los Glaciares – tego samego, w którym znajduje się opisany już lodowiec Perito Moreno. Z tym, że ta – północna – część parku jest fajniejsza. Po pierwsze: mniej komercyjna, gdy zestawimy liczbę turystów odwiedzających codziennie lodowiec Perito Moreno i El Calafate z liczbą turystów w El Chalten i pod Cerro Torre. Po drugie: ciekawsza (cielący się lodowiec jest wszak piękny, lecz nie umywa się do skalnych zębów turni Cerro Torre i Fitz Roy’a). A po trzecie (co równie ważne, a może i najważniejsze): darmowa. Tak, tak! Wstęp do północnej części parku Los Glaciares nie kosztuje nic! Możemy za free wbić się pod którąś z tych przepięknych ścian i na darmowym polu namiotowym stacjonować ile tylko dusza zapragnie!




