Argentyna - strazniczki parku  

Na kolanach po pozwolenie, czyli poradnik jak dostać się pod Cerro Torre

Wracamy do autobusu i jedziemy dalej. Jeszcze 20 minut. Coraz bliżej. Na rogatkach El Chalten autobus zwalnia, a po chwili skręca w boczną odnogę drogi. Zatrzymujemy się pod niską chatą. To siedziba parku narodowego Los Glaciares – tego samego, w którym znajduje się opisany już lodowiec Perito Moreno. Z tym, że ta – północna – część parku jest fajniejsza. Po pierwsze: mniej komercyjna, gdy zestawimy liczbę turystów odwiedzających codziennie lodowiec Perito Moreno i El Calafate z liczbą turystów w El Chalten i pod Cerro Torre. Po drugie: ciekawsza (cielący się lodowiec jest wszak piękny, lecz nie umywa się do skalnych zębów turni Cerro Torre i Fitz Roy’a). A po trzecie (co równie ważne, a może i najważniejsze): darmowa. Tak, tak! Wstęp do północnej części parku Los Glaciares nie kosztuje nic! Możemy za free wbić się pod którąś z tych przepięknych ścian i na darmowym polu namiotowym stacjonować ile tylko dusza zapragnie!


Argentyna - pampa pod El Chalten  

Ruta 40, czyli droga do El Chalten

Autobus do El Chalten odjeżdża punktualnie – o 7:30 rano. Opuszcza El Calafate pełen. Za przejażdżkę pełną wertepów Rutą 40 zapłacimy 60 pesos. Na pierwszy rzut oka to dużo. Ale gdy wyjedziemy poza zasięg asfaltowych nitek wypełniających region El Calafate, poznamy na własnej skórze (zwłaszcza pokrywającej co bardziej okrągłe części naszego niemiłosiernie obitego ciała), że dla autobusu to podróż niczym przez 3 000 km po równym asfalcie.


Argentyna - Cerro Torre  

Marzenia

Byliście kiedyś bardzo blisko spełnienia marzeń? Tych najbardziej niewiarygodnych. Tych, o których śniliście zasypiając w długie zimowe wieczory. Tych, o których ktoś kiedyś powiedział, że są tak piękne, że aż boimy się ich ziszczenia. Byliście na wyciągniecie ręki od ich spełnienia? Co czuliście? Lęk, obawy? Czy może podniecenie, że to już zaraz?

Wychowałem się w majestacie górskiej legendy. Tata-alpinista uczył mnie miłości do gór, ale i szacunku doń. Pokochałem poranny, górski chłód unoszący się nad tatrzańską Doliną Małej Łąki. Uczyłem się odwagi na turniach Orlej Perci. Wzruszały mnie sylwetki Kościelca lub Mnicha. Ale wciąż chciałem wyżej. Dalej. Więcej.


Argentyna - msza  

Msza Św. po latynosku

Pod kościółkiem ruch. Jak to w Ameryce Południowej bywa. Czy to w Buenos, czy w maleńkiej prowincji Jujuy, czy w biednej Boliwii. Czy wreszcie w bogatym El Calafate. Msza to okazja na spotkanie ze znajomymi, z rodziną. Widać to po gestach, głośnych rozmowach, okrzykach ludzi zebranych pod małym, malowniczo położonym kościółkiem w centralnej części El Calafate.

Jest 17:00, wchodzimy zatem do środka. Msza powinna już się zaczynać. Ale, jak to na Amerykę Południową przystało, i w tym względzie musi nastąpić opóźnienie. I to nie małe. W pewnym momencie z bocznych drzwi wygląda opalony jegomość. Włoski elegancko ułożone. Z mocnym wsparciem żelu. Modna skórzana kurtka. Błyszczący pasek od spodni. Modnie przetarte dżinsy. Srebrny zegarek z bijącym po oczach blaskiem paska. Wychyla się. Spogląda na zgromadzonych. I zadowolony z siebie wychodzi. Podchodzi do scholi. Buzi-buzi. Po chwili do pani szukującej się do odczytania komentarzy do mszy. I znów buzi-buzi. O, i jakaś pani zaczepia naszego opalonego młodzieńca. Si, si! Buzi-buzi. Jeszcze tylko parę uścisków dłoni. Ktoś z trzeciego rzędu uwiesi się „na misia”.


Argentyna - El Calafare festa  

Argentyńska gościnność

W głowie totalny bajzel. Nie chce mi się myśleć ani o stanie naszych finansów, ani o tym, co dziś zjemy na obiad. Wrażenie społecznego zagubienia potęguje wszechobecny ruch w El Calafate. Przed wystawną restauracją znów ta sama grupka Indian plumkająca swoje hity ubarwiając je podkładem z CD. Bity z podstawionych głośników rozłupują mi czaszkę na dwie półkule. Chyba nie odnajduję się tutaj najlepiej.

Nic dziś nie wychodzi. Kafejkowy komputer się zawiesza. Ze sklepowych półek znikają nagle moje ulubione butelki piwa z etykietą Cuernos del Paine. Wszystko przeszkadza. Wieczorem postanawiam zatem zostać w domku i zająć się logistyką. Obkładam się mapami, przewodnikami i planuję, co dalej. Muszę ochłonąć. Monika tymczasem szuka rozrywki… w kasynie.


Argentyna - Perito Moreno 2  

Lodowiec Perito Moreno

Pobudka o 5-ej rano. Oj, cztery godziny snu to zdecydowanie zbyt mało dla wędrującego po nieznanym kontynencie Stefanka. O 6-ej pod okna naszego hostelu podjeżdża taxi. „Biiiiiiip!” – Porąbało go? – oburza się Monika – Przecież pobudzi nam wszystkich gości. Jełop.

Po chwili słychać u drzwi charakterystyczne „driiiiiiiin- driiiiiiiin”.
– Co za matoł! Chodź, Stefan, bo przecież on zaraz padnie na nerwicę. – Moniki nie warto denerwować. Zwłaszcza tuż po świcie.


Argentyna - El Calafate2  

El Calafate – argentyńska stolica szpanu

Chleb za 7 PLN. Butelka piwa za 10 PLN. Najtańszy obiad w restauracji za 75 PLN. Kijek trekkingowy za 300 PLN. Wyobraźcie sobie elitarną wyspę drożyzny na plamie hiperdrogiej krainy, jaką bez wątpienia jest Patagonia. Oto całe El Calafate. Najdroższe miejsce w kraju. Szczyt szpanu i komercji. Skupisko ubranych w najmodniejsze kurtki gore-tex’u bogatych turystów z USA bądź UE. Wystawne restauracje, przed którymi występują uliczni grajkowie – rzecz jasna, przebrani za Indian. Dla klienta wszystko. Byle był obrót. Byle była kasa.


Argentyna - El Calafate 2  

El Calafate

Wychodzimy na dworcu w El Calafate. I od razu szok. Spotykamy poznanych w Torres del Paine młodych Żydów. Tak już będzie przez najbliższe tygodnie. Warto się przyzwyczaić. Trasa, czy to z południa na północ (jak w naszym przypadku), czy z północy na południe jest w Ameryce Południowej bardzo popularna. Zatem, gdy nawiążemy z kimś znajomość na początku trasy, bardzo wysokie prawdopodobieństwo, że będziemy go spotykać podczas naszej trasy jeszcze niejednokrotnie.

I tak się w naszym przypadku dzieje. Mam szczęście. Nasi znajomi są już w El Calafate od wczoraj. Są dla nas zatem skarbnicą wiedzy. I nie omieszkamy z niej skorzystać. Zwłaszcza w El Calafate, w którym mamy do czynienia z dość specyficzną sytuacją, jeśli idzie o dojazd do pobliskiego lodowca Perito Moreno. Państwo już nie muszą mieć znajomych, bo zaraz się dowiecie, w czym rzecz. ;)


Chile - droga  

Z Puerto Natales do El Calafate

Niespełna trzy godzinki jazdy i znów cywilizacja. Znów zimne piwo. Znów sklep z przyzwoitą (sic!) ceną pieczywa – o ile 7 PLN za bochenek można uznać za cenę przyzwoitą. Eh, zachciało się Patagonii, to teraz trzeba płacić.

Pod względem cenowym Patagonia kształtuje się na poziomie francuskim. I nie ma tutaj absolutnie żadnej przesady. By tutaj przetrwać i nie stracić mojego całego zapasu gotówki przeznaczonego na wyjazd, naprawdę zaciskam pas. Makaron, bułka, makaron, bułka, makaron… No, dobra. Raz na trzy-cztery dni małe piwko. ;)


Argentyna - Patagonia za 50 rownoleznikiem  

Za 50 S równoleżnikiem

Opuszczamy czym prędzej Rio Gallegos. Niestety jedyny tego dnia autobus odjeżdżający bezpośrednio do Puerto Natales, gdzie chcemy się dostać, przeszedł już do historii. Nie ma sensu czekać na kolejny. Wiązałoby się to (o zgrozo!) z nocowaniem w Rio Gallegos. Nie. To mogło by zdecydowanie zbyt mocno odbić się na mojej psychice. Szukamy innego połączenia. Okazuje się, że jest możliwość transportu do Rio Turbio – nadgranicznej mieścinki żyjącej z kopalin węgla. Tam trzeba będzie następnie złapać połączenie do Chile. Jedziemy!