Mówi się, że Abruzja i Molise to jedne z najdzikszych regionów Włoch. Rzeczywiście, górzyste regiony Abruzji i Molise, nad którymi góruje pasmo Apeninów, tworzą jedną z ostatnich we Włoszech enklaw dzikiej przyrody. Część Abruzji pokrywają bezkresne lasy, a Molise to równiny, doliny o łagodnych zboczach i samotne szczyty.
Owa dzikość przyciąga tylko zagorzałych wielbicieli gór. Może gdyby inni dowiedzieli się, co kryją tereny Abruzji i Molise, popularność tych regionów znacznie by wzrosła? Kto wie, kto wie? Na pewno trzeba wiedzieć, że w tej specyficznej scenerii znajduje się jeden z najważniejszych na świecie rezerwatów przyrody. Parco Nazionale d’Abruzzo, Lazio e Molise, bo tak brzmi pełna nazwa parku, ustanowiony w 1922, leży w urozmaiconym krajobrazie pełnym szczytów górskich, lasów, rzek i jezior. Do 1877 obszar ten należał do królewskich terenów łowieckich, a dziś żyje tu na wolności ponad 66 gatunków ssaków, 52 odmiany gadów i 230 gatunków ptaków, w tym orzeł przedni i dzięcioł duży.
W samym środku parku leży Pescasseroli, miasto będące bazą turystyczno-hotelową i głównym ośrodkiem informacji o regionie. W pobliżu są doskonałe warunki do uprawiania narciarstwa.
Gęste lasy bukowe i klonowe są naturalną ostoją dla apenińskiej kozicy, jeleni i saren. Niegdyś tępione wilki, żyją pod ochroną. Jest ich tam około 60, ale szanse na spotkanie któregoś z drapieżców są raczej niewielkie. W okolicach Monte Marscicano żyje obecnie około 80-100 sztuk niedźwiedzi brunatnych. Orła białego można zobaczyć w okolicach Sangro. W gęstych lasach, będących schronieniem dla zwierząt, rosną także ciekawe drzewa: graby, jesiony, dzikie wiśnie, grusze i jabłonie.
Utworzone w wyniku przegrodzenia tamą rzeki Sangro jezioro Barrea otoczone jest licznymi dolinami, gdzie można zrobić sobie wycieczkę pieszą lub konną. Podróż na grzbiecie konia to wspaniały sposób na zwiedzanie odległych zakątków parku.



Tym razem dzień obył się bez nart. Pogoda nie pozwoliła na próbę freeride’u w Sonnenkopf – z rana niebo było zachmurzone, potem wprawdzie się nieco przejaśniło, ale szybko znowu pojawiły się chmury. Na dodatek mieliśmy do przejechania ponad sto kilometrów dzielące Bludenz w Vorarlbergu i tyrolską dolinę Ötztal – kolejny etap Austrostrady.



Czas się wyspać. Dziś nie budzi nas żadne „pi-pi, pi-pi”. Dajemy sobie zupełny luz. Niech i nasze organizmy mają coś od życia. 


Uff… Wreszcie! Umorusani. Kompletnie przemoczeni. Milczący. I ociekający wodą. W takim stanie dwójka polskich gringos dochodzi do campu Poincenot. Zza ściany deszczu dostrzegam kontury kolorowych namiotów. Żadnych oznak życia. Nikt nie spaceruje. Nikt się nie wychyla. Wszyscy schowani. W pokorze cierpliwie oczekujący aż deszczowy żywioł miłościwie odpuści. Jeszcze ostatnie na dziś wyzwanie: rozbić namiot.




