Prom wysadzi nas przy Refugio Pehoe. Już z daleka dostrzegam bardzo długi sznurek ludzi oczekujących na powrót do Puerto Natales. To ci, którzy wybrali drogę w przeciwnym niż my kierunku: ze wschodu na zachód. Na promie załapujemy się jeszcze na gorącą czekoladę. Przy tych warunkach atmosferycznych (do siąpiącego deszczu doszła mroźna wichura) rarytas jak znalazł.
Po trzydziestu minutach jesteśmy na północnym brzegu Lago Pehoe. Tutaj znajduje się schronisko wraz z otaczającym je polem namiotowym. Od razu pragnę zaznaczyć: miejsc w schronisku jest na tyle niewiele, że aby mieć pewność noclegu, należy zarezerwować sobie miejsce 2 (!) miesiące wcześniej. Nie trzeba chyba tłumaczyć, że taka sytuacja mocno ogranicza nasze plany. Trzeba bowiem tak wycyrklować plany, by dokładnie tego i tego dnia miesiąca być nad Lago Pehoe. Chyba nie warto. Tym bardziej, że koszt za miejscówkę na pobliskim polu namiotowym to 25 PLN (łóżko w schronisku to koszty od 100 PLN). Istnieje możliwość wypożyczenia namiotu na miejscu. Pole wyposażone jest w całkiem przyzwoite sanitariaty (z ciepłą wodą!
). I co najważniejsze – w krytą wiatę, gdzie możemy sobie przygotować coś na ciepło. Do dyspozycji przygotowano 4 kuchenki gazowe. Są ławy. Jest gdzie rozwiesić przemoczoną kurtkę. Wysuszyć buty. I przede wszystkim: zintegrować się z pozostałymi współbiwakowiczami. Naprawdę warto.









