Chile - camping Refugio Pehoe  

Camping Refugio Pehoe

Prom wysadzi nas przy Refugio Pehoe. Już z daleka dostrzegam bardzo długi sznurek ludzi oczekujących na powrót do Puerto Natales. To ci, którzy wybrali drogę w przeciwnym niż my kierunku: ze wschodu na zachód. Na promie załapujemy się jeszcze na gorącą czekoladę. Przy tych warunkach atmosferycznych (do siąpiącego deszczu doszła mroźna wichura) rarytas jak znalazł.

Po trzydziestu minutach jesteśmy na północnym brzegu Lago Pehoe. Tutaj znajduje się schronisko wraz z otaczającym je polem namiotowym. Od razu pragnę zaznaczyć: miejsc w schronisku jest na tyle niewiele, że aby mieć pewność noclegu, należy zarezerwować sobie miejsce 2 (!) miesiące wcześniej. Nie trzeba chyba tłumaczyć, że taka sytuacja mocno ogranicza nasze plany. Trzeba bowiem tak wycyrklować plany, by dokładnie tego i tego dnia miesiąca być nad Lago Pehoe. Chyba nie warto. Tym bardziej, że koszt za miejscówkę na pobliskim polu namiotowym to 25 PLN (łóżko w schronisku to koszty od 100 PLN). Istnieje możliwość wypożyczenia namiotu na miejscu. Pole wyposażone jest w całkiem przyzwoite sanitariaty (z ciepłą wodą! ;) ). I co najważniejsze – w krytą wiatę, gdzie możemy sobie przygotować coś na ciepło. Do dyspozycji przygotowano 4 kuchenki gazowe. Są ławy. Jest gdzie rozwiesić przemoczoną kurtkę. Wysuszyć buty. I przede wszystkim: zintegrować się z pozostałymi współbiwakowiczami. Naprawdę warto.


Chile - Lago Nordenskjold w Torres del Paine2  

Nad Lago Nordenskjold

Po lewej stronie mijamy Lago Sarmiento. To znak, że zaraz będziemy u wrót parku. Po paru minutach faktycznie – autobus zatrzymuje się na niewielkim placyku. Trzeba wyjść i zaliczyć najmniej przyjemny moment w parku – opłacić bilet wstępu. Niezależnie od liczby dni, jaką zamierzamy tutaj spędzić, cena jest taka sama. Wstęp do Torres del Paine kosztuje 15 000 chilijskich pesos (80 PLN). Pamiętajmy, żeby mieć przy sobie paszport. Bez tego nigdzie dalej nie przejdziemy. Wpisujemy się do specjalnej księgi. Dostajemy podstemplowane bilety. Mapę z zaznaczonymi miejscami na noclegi, szlakami, szczytami. Ta cała biurokracja jest konieczna. I niezwykle skuteczna. Mimo tysięcy turystów przypadku wypadków są tutaj nader sporadyczne.


Chile - wieze Torres del Paine  

Torres del Paine!

Pobudka o godzinie szóstej. Za godzinę pod naszym hostelem ma być autobus, który powiezie nas do wrót parku, o którym marzyłem od dziecka. Szybkie pakowanie. Nie korzystamy (o zgrozo (!) niestety) z możliwość przechowania zbędnej części naszego bagażu w hostelu. Błagam, apeluję! Jeśli proponują, zgadzajcie się bez wahania. Cóż… Mądry Polak po szkodzie. Od dziś zaczynamy trekking z dwudziestoośmiokilogramowym balastem na plecach. Po kiego? Po kiego?


Argentyna-flaga  

Granica

Autobus jest nawet o czasie! Wraz z czekającymi z nami Amerykanami jesteśmy jedynymi pasażerami. Trasa, którą dostajemy się do Chile jest bardzo sporadycznie wykorzystywana przez turystów podążających do parku Puerto Natales. Z Rio Gallegos większość wybiera bezpośrednie połączenie południowymi drogami.

Wkrótce dojeżdżamy do granicy. Wita nas ściana deszczu. Do autobusu podchodzą celnicy. Zaczyna się zabawa. Argentyńczycy są jeszcze w miarę sprawni. Szybka odprawa, stempelki i po chwili machają rękami, by jechać dalej. Ale Chilijczycy… Tu się zaczynają schody. Przy wjeździe Chile obowiązuje zakaz posiadania jakiegokolwiek mięsa, nabiału, owoców, warzyw. Strażnicy wchodzą do środka autobusu. Jeden z nich zauważa niedokończone przeze mnie jabłko leżące w luku nade mną.


Argentyna - Rio Turbio  

Rio Turbio, czyli w poszukiwaniu dworca

Rio Turbio oraz położone tuż obok El Turbio to nadgraniczne mieścinki, w których codzienne zajęcie mieszkańców oraz większość spraw kręci się wokół wydobycia węgla kamiennego. Nie trzeba być, zresztą, Sherlockiem Holmesem, by zauważyć, co nadaje rytm temu regionowi prowincji Santa Cruz. Łoskot pracującej taśmy. Warkot młotów. Głośno pracujące silniki. I wszechotaczające nas ciemno-szarawe wzgórza z pojedynczymi dziurami, w pobliżu których krzątają się jacyś panowie w kaskach. Prawie jak w Bełchatowie. No, może w nieco mniejszej skali.


Argentyna - Patagonia za 50 rownoleznikiem  

Za 50 S równoleżnikiem

Opuszczamy czym prędzej Rio Gallegos. Niestety jedyny tego dnia autobus odjeżdżający bezpośrednio do Puerto Natales, gdzie chcemy się dostać, przeszedł już do historii. Nie ma sensu czekać na kolejny. Wiązałoby się to (o zgrozo!) z nocowaniem w Rio Gallegos. Nie. To mogło by zdecydowanie zbyt mocno odbić się na mojej psychice. Szukamy innego połączenia. Okazuje się, że jest możliwość transportu do Rio Turbio – nadgranicznej mieścinki żyjącej z kopalin węgla. Tam trzeba będzie następnie złapać połączenie do Chile. Jedziemy!


Argentyna - Patagonia  

Rio Gallegos – miasto niczyje

Jesteśmy! Po niespełna dwóch dobach spędzonych w pędzącym po pampaskim pustkowiu autobusie dojeżdżamy do odległego Rio Gallegos. Wychodząc z klimatyzowanego pojazdu mam wrażenie, że przeniosłem się do innego świata. Jakże odległego od pozostawionego na dalekiej północy Buenos. I nie chodzi tylko o odległość (ok. 2 000 km). Nie ma tutaj przeogromnego dworca z sześćdziesięcioma kilkoma stanowiskami, jak to ma miejsce na buenoskim molochu. Nikt nas nie atakuje. Nie pyta o cel przyjazdu. Nie zaprasza do podstawionej już taksówki. Nic, nikogo. Cisza. I tylko wiatr hula.


Argentyna - wioska  

Pampa, czyli drugie oblicze Argentyny

Po ok. dwóch godzinach jazdy od wyjazdu z Buenos otoczenie zmienia się diametralnie. Wysokie, oszklone wieżowce ustępują miejsca równinnej pustce. Uliczny gwar i kakofonię miejskich klaksonów zastępuje świszczący wiatr i hulające po bezkresnych połaciach traw pojedyncze kuleczki krzaczków. Troszkę mi to przypomina sceny z amerykańskich westernów. Słońce w południe. Pusta, piaszczysta uliczka jakiegoś małego miasteczka w Teksasie. Cisza. I tylko przez drogę przewala się popychana przez wiatr mała kulka mieszkanki jakichś gałązek i kurzu.


Argentyna - szosa do Patagonii  

Podróż do Patagonii

Każdy wie, jak wygląda noc po Nocy Sylwestrowej. Jest baaaardzo krótka. Śpimy zatem do oporu. Dziś już nic nas nie goni. Plecaki czekają zapakowane. Ubrania uprane. Campigazy zakupione. Jedzenie również. Słowem: jesteśmy gotowi na górskie wyzwania. A, że autobus dopiero wieczorkiem, nie ma się co spieszyć ze wstawaniem. ;)

Dworzec autobusowy w Buenos to wielki kolos. Pamiętajmy, że kolej w Ameryce Południowej to dziś przeżytek. W Argentynie ostały się dwie(!) linie kolejowe. W Boliwii jedna. Latynosi nie lubią ciuchci. Słynna w Polsce kolej Malinowskiego w Peru jest uruchamiana zaledwie raz w roku. Wszystko to nadaje transportowi autobusowemu rolę kluczową.